(5) Kronika dobrej zmiany: Morda zdradziecka i kanalia, dzień dobry

W rzeczywistości społecznej i politycznej zdarzenia przełomowe nie pozwalają się nominować i wybierać, dekretują się same. Nigdy nie wiem, które zdarzenie zostanie przez historię uznane za przełom. Czy słowa Joanny Szczepkowskiej z 1989 roku, czy gruba kreska Mazowieckiego – nie było wiadomo, jak ważne będą te słowa wtedy, gdy zostały wypowiedziane.

Słowa Jarosława Kaczyńskiego z wtorku, 18 lipca, z mojego punktu widzenia mają znamiona przełomu, zwłaszcza, jeżeli ktoś zechce się nad nimi pochylić. Nie traktowałbym ich po prostu, jako dowodu agresji czy prostactwa „przywódcy narodu”, ja w kontekście politycznym jestem w stanie zrozumieć bardzo dużo i wybaczyć dużo. Chodzi mi o to, że słowa Kaczyńskiego o mordach zdradzieckich (jest to szyk przestawny w stosunku do podstawowego, eksponujący jednak przydawkę) i kanaliach są daleko idącym wyjśnieniem stanu, w którym się znajdujemy.

Moim zdaniem Kaczyński jest w stanie psychicznym wymagającym interwencji psychiatrycznej i terapeutycznej. Prawdopodobnie jest w tym stanie od dawna. Prawdopodobnie wiedzą o tym Terlecki i Błaszczak, którzy pilnują Kaczyńskiego, żeby nie zrobił czegoś głupszego. Ale tym razem im uciekł.

Więc nie o słowa mi chodzi, ale o ten paranoidalny obraz świata który za tymi słowami stoi. W ramach tego obrazu świata naprawdę Lecha Kaczyńskiego ktoś zabił. Tak długo, jak długo rozgrywkę wokół katastrofy traktujemy w kategoriach gry politycznej albo zabiegu pozyskania mas w imię „prawdy” i „cierpienia”, tak długo, powiem całkiem cynicznie, wszystko jest w porządku. W tym sensie co najmniej, że politycy kłamią często i bez większego problemu (nie wszyscy tak samo, ale dla polityków PIS prawda naprawdę nie ma żadnego znaczenia).

Wiadomo, że ludzie niezdrowi psychicznie, a także psychopaci, mają ogromną moc sprawczą w dążeniu do celu, ponieważ brak empatii i rozumienia innych bardzo pomaga im w nieprzejmowaniu się innymi i realizowaniu swojego celu. Inną cechą psychopatów jest to, że żyją we własnym świecie i prawda (co to jest prawda?) jest dla nich zupełnie pozbawiona znaczenia.

Tu jedna refleksja, że, oczywiście, Lech Kaczyński był bardzo źle traktowany jako prezydent państwa nie tylko przez opozycję, ale przez większość mediów. Takie rzeczy nie dzieją się jednak wskutek zmowy, tylko dlatego, że Lech Kaczyński zupełnie na prezydenta się nie nadawał, a nawet jego bliscy współpracownicy twierdzą, że tej roli po prostu nie lubił. Co moim zdaniem było widać. Lech Kaczyński był skromnym człowiekiem, nie lubił robić wrażenia, nie miał też odpowiedniej przestrzeni wewnętrznej próżności, która pozwala odgrywać takie role. Podejrzewam, że on sam to wszystko wiedział.

Problem polega jednak na tym, że na tego szalonego konia wsadził brata Jarosław Kaczyński. Katastrofa smoleńska była tragicznym wypadkiem, natomiast na wszelkie upokorzenia związane z pełnieniem niechcianej roli naraził brata Jarosław właśnie, więc niech przez chwilę nad tym się zatrzyma (sławne „wykonanie zadania” nie było żadnym żartem, tylko opisem relacji między braćmi).

Ale, oczywiście, się nie zatrzyma, ponieważ zweryfikowaną cechą psychopatów (niestety nie tylko) jest całkowity brak umiejętności dopatrywania się winy i odpowiedzialności po swojej stronie i dopatrywanie się źródeł problemów tylko wyłącznie na zewnątrz, w innych ludziach.

I to wszystko nie byłoby problemem gdyby nie to, że Jarosław Kaczyński, w tym stanie umysłu i psychiki rządzi w Państwie. Psychiczne odjazdy mojej byłej koleżanki Krysi Pawłowicz i paru jeszcze innych, należałoby zaliczyć do niezapomnianego folkloru, jak skakanka Gabriela Janowicza. Ale jak doszło do tego, że człowiek ewidentnie zaburzony psychicznie narzuca wolę tak dużej grupie ludzi? Tego pojąć nie mogę.

Oczywiście, duża część z nich (a może większość nawet) robi to z przyczyn czysto koniunkturalnych, co Kaczyński wygrywa w ten sposób, że wciąga ludzi w coraz większy radykalizm czyniąc ich zakładnikami swojego szaleństwa, bo po przekroczeniu pewnej granicy ludzie naprawdę nie mają już odwrotu, nie mają gdzie pójść. Ale jest co najmniej kilku ludzi których umysłowość jest, jak sądzę, jasna, a mimo to uważają, że powinni pozwolić na wszystkie te szalone przedsięwzięcia, które cofają koło historii i wyciągają Polskę z nurtu państw cywilizowanych. Myślę tu na przykład o Gowinie, Łapińskim a nawet o moim byłym koledze Piotrze Glińskim, który może jest trochę cyniczny, ale na pewno nie jest głupi.

Najbardziej niezwykłą postacią w tym sensie mojego kompletnego niezrozumienia był nieodżałowanej pamięci Andrzej Urbański, którego znałem od początku lat osiemdziesiątych i z którym działałem w podziemiu, a który był m.zd. jednym z najmądrzejszych ludzi jacy byli w polskiej polityce. Ciekawe, co Gruby powiedziałby na to wszystko, co teraz się dzieje, choć w pewnym sensie wolałbym nie dowiedzieć się, że on też uważa, że psychopatyczne myślenie Kaczyńskiego zawiera jednak jakąś głębszą mądrość, która ostatecznie posłuży nam wszystkim.

Moim zdaniem to jest tylko i wyłącznie kwestia czasu, ponieważ trudno mi sobie wyobrazić, by Polska poszła w kierunku Rosji niż w kierunku Zachodu Europy, co w tej chwili niestety stało się realnym wyborem (łatwo zauważyć, że w Rosji są w zasadzie te wszystkie instytucje, które należą do kanonu cywilizowanej państwowości, łącznie z wolnymi mediami, ale wszystkie te instytucje nie działają tak jak na Zachodzie, ponieważ przenika je autorytarny duch narodu rosyjskiego).

Natomiast faktem jest – co powiedział Frasyniuk – że powrotu do III RP nie ma, ponieważ III RP okazała się bezbronna wobec autorytarystów. I to nie w sensie instytucji, ponieważ instytucje za pomocą siły (takiej czy innej, jak nie siły głosów to siły bicia po mordzie) można spacyfikować bez problemu, czego przykładem były pierwsze lata Polski Ludowej. Słabością główną III RP jest bardzo niski stan zaangażowania społeczeństwa w sprawy publiczne.

Najbardziej elementarnym przykładem tego poziomu zaangażowania jest frekwencja wyborcza, która należy do najniższy w Unii (a może w ogóle jest najniższa), a co gorsza – wcale nie rośnie przez te wszystkie lata. Od strony tego, co to oznacza dla układu politycznego wcale nie byłbym zresztą optymistą – to znaczy uruchomienie niegłosujących mogłoby tylko zwiększyć poparcie dla partii skrajnie populistycznej, jaką jest PiS.

To, że po 28 latach uprawiania demokracji likwidujemy Trybunał Konstytucyjny i Sąd Najwyższy – można oczywiście traktować jako odpowiednik zamachu majowego i akcji Piłsudskiego przeciw „sejmokracji”. Ciekawe, że zamach majowy, który był fatalnym, autorytarnym przedsięwzięciem, dzięki obróbce propagandowej komunistów (którzy oczywiście widzieli w Piłsudskim nacjonalistę i za to go potępiali, ale zamach majowy jakoś im odpowiadał, bo w niedemokratycznym systemie trudno potępiać jednoznacznie zamach przeciw demokracji) nigdy nie doczekał się jednoznacznie krytycznej oceny historiozoficznej. Choć był tym, czy był – był obrzydliwym zamachem stanu, bo choć system demokratyczny działał słabo przed 26 rokiem, ale nie zastąpiono go lepszym, tylko zlikwidowano. Łącznie z Berezą, Brześciem i zamknięciem do więzienia Wojciecha Korfantego (zawsze mam w głowie to zdarzenie jako symbol moralnej nędzy tego pomysłu na Polskę, to zamykanie największych i najpiękniejszych patriotów).

Teraz jest trochę podobnie. „Większość” nigdy nie była w Polsce demokratyczna i nigdy nie walczyła z komuną, frekwencja wyborcza była (ta prawdziwa) zawsze w fałszowanych wyborach dwa razy większa, niż w czasach demokratycznych (to jest taki paradoks, że stosunek do demokracji w PRLu wyrażał się chodzeniem na wybory, a w III Rzeczpospolitej wyraża się niechodzeniem na wybory).

Moje pytanie, główne, które mnie dręczy, czy ten koszmar PiSu, który prędzej czy później doprowadzi nas do wydarzeń dramatycznych i skrajnych, nie doprowadzi wreszcie, pomału i po trochu, do przebudowania świadomości znacznej części społeczeństwa na demokratyczną i uczestniczącą. Dlaczego taka świadomość nie powstała – dużo by mówić. Ciekawe jednak, że ta antysystemowa rewolta tliła się zawsze, najpierw w postaci rządu Olszewskiego, potem jako PC i różne frakcje w AWS, potem jako PiS w 2005 roku. Ale nie słabła, tylko rosła, co widać teraz. Co oznacza, że tak zwane elity (ja tego pojęcia używam z szacunkiem, bo społeczeństwa są tyle warte ile ich elity) nie doceniały tych zjawisk, które widać było gołym okiem.

Na wszelki wypadek dodam, że nie byłem wcale mądrzejszy, i też nie zdawałem sobie zupełnie sprawy z tego, co tkwi pod powłoką rosnącego dobrobytu.

To jednak, że rewolta antysystemowa okaże się tak niekontrolowana by kontrolę oddać w pełni i bez zastrzeżeń człowiekowi zwyczajnie i po prostu niezrównoważonemu, tego nikt nie rozumie, a ci którzy Kaczyńskiego popierają też wolą nie zastanawiać się nad tym do czego to wszystko doprowadzi. Ale może właśnie na tym polega ta rewolta, że jej celem jest, co do zasady tylko i wyłącznie destrukcja, a to destrukcji najlepiej nadaje się destrukcyjny stan umysłu i unikanie odpowiedzi na pytanie – a co ma być potem?

Mimo wszystko, mało jest prawdopodobne, by w tym miejscu świata powrócił system autorytarny i zamordystyczny, system osobistego prześladowania wrogów politycznych. Ale samo to wszystko się nie naprawi, więc jak my nie naprawimy, to udamy się do tego samego kąta cywilizacji, w którym Polska spędziła kilkaset lat.

Dlatego podnoszę głowę i mówię: mogę być mordą zdradziecką i kanalią, jeżeli tak mnie nazywa Jarosław Kaczyński.

 

  • Kategorie:

Michał Tomczak

Zajmuje się zarządzaniem projektami prawniczymi, transakcjami, w tym zwłaszcza nieruchomościowymi; specjalizuje się także w prawie sportowym, w ochronie danych osobowych i w innych specjalistycznych dziedzinach prawa korporacyjnego.

Czytaj dalej...

 Do góry