Cohen

Leonard Cohen był najważniejszym artystą mojego życia i na zawsze nim będzie. Odszedł w sposób odpowiadający swojej doniosłości i niezwykłości, przygotowując nas wszystkich na ten moment w sensie duchowym łącznie – co może być już od strony biologicznej przypadkiem – niezwykłą ostatnią płytą I want it darker.

Przez wiele lat nie zastanawiałem się zupełnie, dlaczego Cohen tak na  mnie działa, zresztą taki sposób dochodzenia do sztuki jest zapewne najlepszy i najmądrzejszy: nie chodzi o to, by uznać dzieło za ważne tylko żeby je lubić i kochać. Cohen był w moim środowisku uważany za znakomitą muzykę do picia wódki, co oczywiście brzmi teraz raczej prymitywnie, ale dla pewnego pokolenia wyraża esencję doniosłych doznań.

Nie wgłębiałem się w jego teksty, nie znałem jego metafizyki, wiedziałem jedynie, że tekst jest także ważny i w tekście tym zawiera się przeżycie, o którym mało kto potrafił mówić i pisać w taki sposób. Ale pierwszą płytą, jaką nagrałem (z Trójki, oczywiście od Piotra Kaczkowskiego) na magnetofon ZK 246 była najbardziej muzyczna i odmienna płyta Cohena, Death of Ladies Man, płytę której aranżerem był twórca „ściany dźwięku” Phil Spector. To na tej płycie jest utwór Memories, który słuchałem milion razy i za milion pierwszym razem czuję dreszcze na plecach, zwłaszcza gdy włączają się tam saksofony.

Rzecz prosta od przeżyć Cohena w pewnym sensie oddzielała nas Polska Ludowa, choć podobno akurat Polska była tym miejscem, gdzie Cohen był przeżywany i sławny najmocniej. Jeżeli rzeczywiście tak było, to mnie to nie dziwi, ponieważ pewien rodzaj osobistego cierpienia był, lub nawet jest znacznie bardziej naturalnym i akceptowanym stosunkiem do świata, niż na przykład w takich Stanach, gdzie ogólnie rzecz biorąc, istnieje ustawowy obowiązek bycia zadowolonym. A Cohen docierał samym dźwiękiem i depresyjnym timbre'em swego głosu do istoty tego depresyjnego przeżycia i cierpienia, jakim były nie tylko nasze miłości, ale w gruncie rzeczy cała Polska Ludowa i życie w stanie permanentnego nieszczęścia.

Z tamtych czasów najsławniejszym i najlepiej oddającym duchowość tej twórczości był Błękitny prochowiec, mroczna opowieść w której narrator (sincerely L.Cohen) dziękuje gościowi, który uwiódł jego kobietę, za to, że dał jej trochę szczęścia. Jasne, my raczej myśleliśmy że to pukiel włosów Cohena przechowywałyby nasze kobiety, niż odwrotnie, ale, to był efekt raczej naszych kompleksów, miłość nie kieruje się zapewne prostymi kryteriami kto jaki przystojny i jaką piękną muzykę tworzy.

Cohen zresztą nigdy nie ukrywał, że nie wymyślił sobie po prostu tych przeżyć, tylko był regularnym depresjonatem (na którymś koncercie, już ku nieco dwuznacznemu ubawieniu publiczności, wymienia te wszystkie świństwa, które go podtrzymywały przy życiu, na końcu dodając także whisky, jako lekarstwo o podobnym skutku do prozaku).

Z mojego pierwszego wyjazdu do Londynu przywiozłem „żółtą” składankę Cohena, Greatest hits, ebonitową, jedyną płytę, na jaką było mnie stać, taka płyta to było parę dni pracy na zmywaku na Tottenham Court Road. Potem już śledziłem wszystko, co Cohen nagrał, a co dzięki powszechnemu naruszaniu praw autorskich w latach osiemdziesiątych można było szybko kupić na specjalistycznie nagranych kasetach. Choć znów, jedną z największych płyt (ale jest ich dużo, być może to określenie odnosi się do wielu płyt) poznałem dzięki Piotrowi Kaczkowskiemu, to było płyta I’m Your Man z 1988 roku. Na tej płycie jest m.in. Tower of Song, First we Take Manhattan, a sam utwór tytułowy, choć zapewne nie ma i nie musi mieć żadnej szczególnej głębi jest po prostu genialnym mini-dziełem, pod względem metaforyki lirycznej (but the man never gets woman back, not by begging on his knees), po prostu niezwykle pięknie składa się w każdym swoim fragmencie, słowa są proste ale odkrywcze, niezwykła poezja, tym bardziej, że Cohen przez następnych dwadzieścia kilka lat śpiewał ten utwór z tym samym niezwykłym przejęciem ale ciągle nowym głosem (gdy śpiewał niekiedy fragment if you wanna doctor, uzupełniał if you wanna Jewish doctor, publiczność, w tym i ja, byłem 4 razy na koncertach Cohena, biła spazmatyczne brawo, Cohen w ten prosty sposób przypominał, że w tej pieśni chodzi także o niego).

W 2000 roku, gdy byłem w Stanach, wszystkich zagraniczni znajomi znali moje szaleństwo na tle Cohena, pewien Kanadyjczyk polskiego pochodzenia rodem z Montrealu, zaczął zbierać dla mnie wycinki z gazet na temat Cohena, okazało się, że w tym czasie był zjazd pewnego towarzystwa cohenistów. Jego prezesem był Fin, Jirkki, biegły rewident (audytor) z wielkiej (wtedy) piątki. Napisałem do niego – czy to nie przypadek, że tacy ludzie jak on, czy ja odnajdujemy to co najważniejsze w takie znękanej i ciężkiej śpiewanej poezji. Odpisał mi, że w tym towarzystwie są sami tacy jak my, to znaczy ludzie, którzy w ramach swojego naziemnego życia wierzą w jego ład i porządek i temu służą, natomiast wiedzą równie dobrze, że tak naprawdę im więcej z tego świata rozumiesz i im bardziej go porządkujesz, tym bardziej widzisz jego pochrzanienie, tym bardziej jest ci ono bliskie. I, że Cohen to wszystko mówi, jacy jesteśmy niejaśni, skomplikowani i często i po prostu nieszczęśliwi, pomimo pozoru dobrobytu, zadowolenia i ułożenia.

On na pewno napisał to lepiej, bo był bardzo dobrym rewidentem i  zarazem prezesem cohenistów, miał wielką jasność w tej sprawie.

Teza ta z czasem stała się mniej intuicyjna, gdy zacząłem czytać teksty Cohena. Erotyzm, lub raczej powiedziałbym, intensywna liryczność przechodząca w erotyzm jest tylko jednym z wątków. Dla mnie stałym wątkiem w twórczości Cohena jest opisywanie niejasności naszego wnętrza i naszych motywów, ciągłego niespełnienia przy zrozumiałym skądinąd, intensywnym poszukiwaniu owego spełnienia. Powiedziałbym, że motywem jest nasza niedoskonałość i wewnętrzna sprzeczność, ale dobrze wiem, jak płasko to brzmi.

Bo ja się zastanawiam nad tym tylko przy okazji i w pewnym sensie na użytek tych wszystkich odpowiedzi na pytanie – a co w nim było takiego doniosłego? Ostatnio, po tym, jak Bob Dylan dostał nagrodę Nobla słyszałem wypowiedź poety, prawdziwego poety Marcina Świetlickiego który mówił, że on raczej dałby nagrodę Nobla Cohenowi, w pierwszej chwili pomyślałem, że ja też tak właśnie uważam, bo Dylan jest bardziej polityczny, przez co, zapewne, bardziej doraźny, a Cohen polityczny nie jest w najmniejszym stopniu, w jego twórczości świat realny jest jedynie marnym tłem, to jest prawdziwy śpiew i opis duszy. Ale, koniec końców, może do tego jest nagroda Nobla, by naprawiać ten świat w tym zakresie, w jakim jest naprawialny.

A nasze dusze do naprawy się w gruncie rzeczy nie nadają. 

  • Kategorie:

Michał Tomczak

Zajmuje się zarządzaniem projektami prawniczymi, transakcjami, w tym zwłaszcza nieruchomościowymi; specjalizuje się także w prawie sportowym, w ochronie danych osobowych i w innych specjalistycznych dziedzinach prawa korporacyjnego.

Czytaj dalej...

 Do góry