Zgaga

Nigdy nie byłem wielkim zwolennikiem korporacji, do której należę w pewnym sensie przymusowo, w każdym razie nie z własnej woli – czyli korporacji adwokackiej. Dawałem temu wyraz w różnych miejscach ponad 20 lat temu, postulując awangardowe na owe czasy rozwiązanie, połączenie obu korporacji prawniczych. Moim celem było między innymi ograniczenie skutków tego chorobliwego zadęcia, arogancji i poczucia wyższości, jaką naznaczona była korporacja adwokacka.

Dzisiaj, powolny upadek adwokatury wcale jednak nie jest źródłem mojej satysfakcji, przeciwnie (choć to być może moja indywidualna cecha) odczuwam coś w rodzaju wyrzutów sumienia, ponieważ tamta adwokatura, mimo niewątpliwego zadęcia, podejmowała trud obrony istotnych wartości. To, że obrona była nieudana a w wielu przypadkach obłudna – to chyba nieuchronne w przypadku organizacji zawodowych, w których członkostwo opiera się na kryterium wykonwania zawodu, a nie kryterium wolnego wyboru. Obrona wartości jest jednak możliwa w organizacjach jakkolwiek elitarnych, a taką organizacją adwokatura wtedy była.

Teraz to już przeszłość i nie ma o czym mówić. Adwokatów jest 8-10 więcej, niż było wtedy  (teraz jest niewiele mniej niż 20 tysięcy) egzaminy są łatwe, testowe i narzucone z zewnątrz, adwokatura stała się organizacją obsługującą system i właściwie przez tych 20 lat zdążyła przegrać wszystko, co było do przegrania. Pytanie – czy mogła wygrać a jeżeli tak, to po co by miała wygrać – pozostawię bez odpowiedzi, bo to jest pytanie oparte na tym, kto ma jaki interes.

Upadek korporacji polega na faktycznym ustaniu sensu jej istnienia. Korporacja była sexy, gdy miała co rozdawać, a rozdawała dobro unikalne, jakim było prawo wykonywania zawodu. Dzisiaj praca w korporacji polega na tym, że trzeba się napracować, żeby wypełnić obowiązki, i to napracować się za marne pieniądze.

Stan adwokatury oddają najlepiej dwa budynki, które organizacja zajmuje w Warszawie. Kamienica w al. Ujazdowskich, może i oryginalnie elegancka, ale obecnie obślumpana by nie powiedzieć, obleśna, bez jakiegokolwiek parkingu, gdzie do prowadzenia rozpraw wykorzystuje się bufet a wszystko jest w takim stanie, że strach dotknąć. Największa i najbogatsza krajowa organizacja adwokacka nie jest w stanie zmienić swojej siedziby, bo albo jej na to nie stać albo nikt z adwokatów, prowadzących milionowe interesy swoich klientów nie chce lub nie potrafi się tym zająć. Ten budynek i jego stan to symbol upadku.

Nie mniej niż siedziba Naczelnej Rady Adwokackiej, ulokowane w postkomunistycznych bloczkach na Bonifraterskiej, po sąsiedzku ze smażoną rybą w kapuście, gdzie posiedzenia Wyższego Sądu Dyscyplinarnego odbywają się w pokoikach 3x3 metry, gdzie obwiniony może wyjść ze swojego miejsca tylko wtedy, gdy najpierw wyjdzie jego obrońca. I tak dalej. Przez tych dwadzieścia kilka lat wszystkie liczące się organizacje zmieniły lub rozbudowały swoje siedziby. Adwokatura najwyraźniej pozbawiona jest środków, przywództwa czy po prostu i zwyczajnie zainteresowania swych członków.

Tak samo, jak budynki, wygląda serwis, jaki rzekomo świadczą adwokaci dla aplikantów i swoich kolegów. Prosta sprawa dyscyplinarna przygotowana jest przez rzecznika dyscypliny w taki sposób, że nikt nie rozumie zarzutów. Sąd dyscyplinarny – nie zdarzyło się chyba, żeby rozpoczął jakąś rozprawę o czasie, uczy się sprawy podczas rozpraw, nie wie kogo i dlaczego wezwał na rozprawę. Koniec końców proste sprawy trwają po 3, 4 lata, niezależnie od cierpienia uczestników odbierając korporacji wszelki tytuł do narzekania na czas trwania spraw w sądach powszechnych (które na tym tle wypadają jak oazy sprawności zawodowej).

Takich znamion upadku jest dziesiątki. Ostatecznie stan tej organizacji dogniata do ziemi owo odwieczne zadęcie, które kiedyś może było podejrzane, ale dzisiaj jest po prostu żałosne. Znajduje ono wyraz w konstrukcji przepisów etycznych adwokatury, które przepełnione są pustą wyższością i arogancją. Jednym z tych przepisów, przyjętych przez korporację jako świętość świecka. jest zakaz powoływania przez adwokata na świadka innego adwokata. Jest to reguła kompletnie pozbawiona podstaw w przepisach państwowych, bardzo łatwa do obejścia – adwokata powoła na świadka zaprzyjaźniony radca prawny lub po prostu klient zrobi to sam z siebie w odrębnym piśmie procesowym. Zakaz ten nie służy absolutnie niczemu, poza podbijaniem bębenka i robienie sobie dobrze w zakresie poczucia wyższości. Zakaz ten nie ma nic wspólnego z prawem adwokata do zachowania tajemnicy zawodowej, ponieważ kwestię te regulują przepisy państwowe. Adwokat wezwany na świadka może w poszczególnych kwestiach chcieć zeznawać, uznając, że jego wiedza nie ma związku z wykonywaniem zawodu, ale – zawsze może odmówić składania zeznań. Z kolei w relacji ze swoim klientem adwokat nie ma absolutnie żadnego prawa uznawać swojego wewnętrznego, korporacyjnego zakazu za ważniejszy, niż interes klienta, który reprezentuje.

Koniec końców taki zakaz znaczy tylko tyle – że jesteśmy lepsi, czystsi niż wszyscy inni, ponieważ zabezpieczamy nasze tajemnice zawodowe nawet wtedy, gdy nie są one w żaden sposób zagrożone. To jest logika tyle samo warta, co postępowanie dyscyplinarne jakie wszczął wobec mnie rzecznik Rady Warszawskiej w związku z przekroczeniem przeze mnie dozwolonej prędkości i stosownym donosem policji.

To jest wszystko zgaga po mocarstwowości, poczuciu doniosłości i wielkości z dawno minionych czasów. Politycy -  w czasach pierwszego PiSu - załatwili te iluzje adwokatury jednym posunięciem pióra, przy oklaskach politycznej gawiedzi, najwyraźniej nie zdającej sobie sprawy z tego, że to rozwiązanie, polegające na pełnym otwarciu zawodu jest równie złe dla jakości pracy prawników, jak jego zupełne zamykanie.

Nie komentuję tu w ramach omawiania upadku korporacji sprawy dziekana Majewskiego, ponieważ on nie jest ofiarą tego, co faktycznie zrobił, tylko właśnie budowania piramidy świętości przez całą korporację od wielu lat.

Nie wiem czy w obliczu zjazdu warszawskiego jak i krajowego, które odbędą się w tym roku adwokatura jest w stanie spojrzeć prawdzie w oczy. I czy to spojrzenie prawdzie w oczy jest w stanie cokolwiek jeszcze z dawnej, choć mocno nadętej, ale zawsze chwały, uratować. 

  • Kategorie:

Michał Tomczak

Zajmuje się zarządzaniem projektami prawniczymi, transakcjami, w tym zwłaszcza nieruchomościowymi; specjalizuje się także w prawie sportowym, w ochronie danych osobowych i w innych specjalistycznych dziedzinach prawa korporacyjnego.

Czytaj dalej...

 Do góry