Święta inkwizycja przebrana za policjantów

Prawdę mówiąc, trudno mi sobie wyobrazić w praworządnym państwie bardziej niepraworządną procedurę niż ta, która obowiązuje w ramach karana kierowców punktami karnymi.

W sprawie tej grzebał nawet Trybunał Konstytucyjny, ale i Trybunał podobnie jak sądy administracyjne w tej sprawie zachowują się tak, jakby realizowały wyłącznie potępieńczą misję przeciwko kierowcom przekraczającym punktowe limitowe, jakby to byli troglodyci zjadający dzieci na śniadanie i z tego powodu – nie zasługujący na żadną ochronę prawną.

 

Karanie utajnione

Przede wszystkim kierowca nie wie – co do zasady – jaką karę punktową dostaje. To, co widzicie Państwo na mandatach to jest tylko niezobowiązująca informacja, ponieważ na drugi końcu kabla policyjnego siedzi osobnik, którego nie widzicie i  to on decyduje absolutnie o wszystkim, jeżeli chodzi o punkty. Łącznie z tym, że jeżeli łapiący policjant zapomni wpisać to wcale nie znaczy to, że nie macie punktów. W ten sposób możecie ich mieć nawet więcej niż 24 i dowiecie się o tym, by tak rzec, na samym końcu.

Oczywiście, kiedyś było jeszcze gorzej więc parę lat temu wprowadzono system, zgodnie z którym za każde wykroczenie drogowe dostaje się sztywno określoną liczbę punktów. Jak się łatwo domyśleć, jest to tylko i wyłącznie teoria, ponieważ wiele sytuacji drogowych wymaga interpretacji. I tej interpretacji dokonuje nasz policjant na drugim końcu kabla. Robi to i nikomu się nie tłumaczy.

Sama procedura uzyskiwania informacji na temat tego, ile mamy punktów jest tylko teoretycznie bezpiecznym wyjściem. Dzieje się tak dlatego, ponieważ policja całkowicie bezkarnie może dokonywać ponownej weryfikacji przypisanych nam punktów.

Czyli, na przykład 1 lutego 2014 roku, czyli 2,5 roku temu dostaliśmy 6 punktów za szybkość. Ale w zeszłym miesiącu znudzony policjant wziął naszą ewidencję do ręki i doszedł do przekonania, że w opisie zdarzenia jest też napisane o tym, że najechaliśmy podwójną ciągłą linię. I za to dopisał nam, po 2,5 roku 5 punktów. No, ale wtedy zauważył, że w takim razie w dniu 27 września 2014 roku, w wyniku innych zdarzeń przekroczyliśmy 24 punkty. I pisze wniosek o egzamin sprawdzający.

Możesz się sto razy dowiadywać w międzyczasie, że nie przekroczyłeś granicy oczka, i tak Ci nic nie pomoże, ponieważ przez cały ten czas, kiedy się dowiadujesz Twoje punkty nie są wpisane. Policja nie ma żadnego ograniczenia czasowego w ramach którego może grzebać w naszej ewidencji.

W przesyłanej z policji korespondencji policjanci z niejaką dumą wręcz stwierdzają, że policja nie ma obowiązku informowania o ukaraniu punktami. Na to pozwoliły policji sądy bo tak się przejmowały praworządnością.

Czyli odbywa się to wszystko według zasad wypracowanych dawno temu przez sławną jednostkę organizacyjną Kościoła Matki Naszej, która to jednostka nosiła nazwę Inquisitio Heretica, zwana popularnie Świętą Inkwizycją. Działalność tego typu instytucji opiera się na założeniu że, ponieważ 1) realizują one wyższe i bardziej doniosłe cele niż bezbożna jednostka jest w stanie zrozumieć; 2) bezbożna jednostka swoim podstępnym działaniem lub bałamutnym tłumaczeniem mogłaby ugodzić w realizację doniosłych celów toteż 3) rzeczą w najwyższym stopniu nieroztropną byłoby dopuszczenie owej bezbożnej jednostki do postępowania w wyniku którego mogłaby próbować uchylić się od odpowiedzialności, 4) wszelka procedura musi być skupiona w ręku jednego organu, który utajni ją 5) aż do momentu ujęcia sprawcy nie należy ujawniać mu szczegółów postępowania.

Czyli tak naprawdę policja robi co chce i kiedy chce.

Gdy sprawa z wykroczenia drogowego trafia do sądu – tym bardziej nie sposób się dowiedzieć jaką liczbą punktów nas ukarano. Z zupełnie niejasnych powodów sądy pozbawione zostały kompetencji wymierzania punktów. Czyli na przykład wymierzają karę grzywny, ale o punktach nic nie piszą. Co oznacza, że za to samo przewinienie karają nas dwie firmy: sąd i policja. I co więcej policja sama dokonuje interpretacji wyroku sądowego, dochodzi do wniosku, ile punktów nam się za ten wyrok należy i oczywiście, jak zawsze, nie informuje nas o tym, co zrobiła.

Wyrok wydaje policja

To jeszcze wszystko nic. Bo to w ogóle policja faktycznie wydaje wyrok. Czyli organ najbardziej zainteresowany przebiegiem procedury faktycznie wydaje orzeczenie. Odbywa się to w sposób, którego moim prawniczym umysłem nie ogarniam.

Policja pisze wniosek do Wydziału Komunikacji o zatrzymanie prawa jazdy i skierowanie na egzamin. Ale Wydział Komunikacji, co mądrze i praworządnie wywiodły sądy administracyjne, jest stanowiskiem policji związany. i wydaje decyzję związaną, jak sam określa.

Czyli zaklepuje wniosek policji.

Jaki to ma sens, kto mi wytłumaczy, bo przecież to jest taki idiotyzm, że aż boli? Dlaczego organ który wydaje decyzje i za nią odpowiada nie bada w ogóle przesłanek jej wydawania? I dlaczego organ który faktycznie decyzję wydaje, czy policja, nie odpowiada za nic?

Urzędnicy w Wydziale Komunikacji przyjmują wszelkie takie uwagi ze zrozumienie i pokorą, ale, mówiąc, my przecież nic nie możemy.

To jest jednak nieprawda, mogą. I robią. Otóż decyzji o zatrzymaniu prawa jazdy nadają rygor natychmiastowej wykonalności. Odwołanie, choćby decyzja była nie wiem jak idiotyczna, będzie w warunkach warszawskich rozpoznana w Kolegium Odwoławczym na przykład za dwa lata, albo trzy.

Kierowca jednak nie może prowadzić samochodu. Wydanie rygoru wykonalności jest swobodną decyzją organu. Nikt go do tego nie zmusza, zwłaszcza w sprawach wątpliwych. Teoretycznie uzasadnieniem jest to, że kierowca których przekroczył punkty jest groźny dla otoczenia i nie powinien jeździć. Ale przecież taka sama decyzja o rygorze wydawana jest w przypadku kierowcy, który przekroczył punkty w wyniku dłubania przez policję w jego ewidencji, co w rzeczywistości może oznaczać, że krytyczną granicę przekroczył 2 lata temu, tyle, że nie wiedziała o tym ani policji ani też sam kierowca.

Czyli rygor faktycznie w takiej postaci uchyla dwuinstancyjność postępowania administracyjnego, która staje się całkowitą fikcją. Bo kierowca i tak musi bezzwłocznie poddać się egzaminowi, choćby nie wiem jak wadliwa była decyzja w jego sprawie.

 

System zgniłego kompromisu

 

Jako czynny adwokat o niepraworządności systemu, w którym żyję dowiaduję się dopiero wtedy, gdy sprawy dotykają mnie osobiście. Z trudem przychodzi mi uwierzyć w takim przypadku w jakiekolwiek instytucje tworzenia i przestrzegania prawa, skoro potrafiły one doprowadzić do takiej sytuacji. Dotyczy to rządu, Sejmu, sądów administracyjnych i Trybunału Konstytucyjnego, nie wiem czy Sąd Najwyższy cokolwiek grzebał w tym temacie, ale nie mam żadnych złudzeń, że cokolwiek by go w tej sprawie wzruszyło. Każda z tych instytucji w dużej mierze jest więźniem samego systemu. To znaczy większość nawet całkiem szacownych instytucji stając przed wyborem między praworządnością a ochroną źle działającego systemu, który wskutek ingerencji prawnej działałby zapewne jszcze gorzej – wybiera tę drugą opcję.

Zrozumienie czy też oportunistyczna akceptacja jest głównym źródłem utrzymywania prawdziwie niepraworządnych mechanizmów w wielu sferach życia. A już wszystko to, co dotyczy roli policji jest niemal tabu dla prawników. Stąd policja nadal czuje się bezkarna i niezagrożona, co widać w sprawach grubych, ale i w drobnych: jak choćby jeżdżenie pod prąd, włączanie sygnału w korku żeby szybciej z niego uciec, i tak dalej. Ponieważ policja czuje, że jej odważna walka z przestępczością tudzież niskie pensje wymagają przymknięcia oka, na wszelkie jawne naruszenia praworządności.

I w ten sposób tworzy się system państwa w państwie, którego ofiarą może być każdy.

  • Kategorie:

Michał Tomczak

Zajmuje się zarządzaniem projektami prawniczymi, transakcjami, w tym zwłaszcza nieruchomościowymi; specjalizuje się także w prawie sportowym, w ochronie danych osobowych i w innych specjalistycznych dziedzinach prawa korporacyjnego.

Czytaj dalej...

 Do góry