Ballada o braku pojęcia

Osobiście nie mam żadnych wątpliwości, że polski system prawny zmierza w stronę prawa precedensowego, wskutek czego kodeksy staną się niczym więcej, jak tylko zbiorem ogólnych zasad i reguł interpretacyjnych. Oczywiście trzeba na to trochę czasu.

Do precedensowego ukształtowania prawa skłania lub raczej zmusza także charakter nowych legislacji które są tak niekonkretne, że Sąd Najwyższy czuje się w obowiązku te przepisy konkretyzować. Moim zdaniem prowadzi to do efektów lekko absurdalnych.

Jest na przykład ustawa o bezczynności sądu, czyli, w imię demokratycznych praw obywatela do sądu może on wnieść skargę, że sąd jest bezczynny, czyli nie robi w terminie tego, co powinien. Czyli na przykład – nie rozpoznaje apelacji przez ileś miesięcy. Jak wiadomo, nie ma żadnych prawdziwych przepisów w sprawie, co sąd powinien zrobić i kiedy. Po pierwsze dlatego – że przyjmuje się ogólnie, że władza, czyli sąd jest bez skazy i nie można jej poganiać, bo i tak się stara. Po drugie – przepisy, których nie można skutecznie wyegzekwować są w ogóle do niczego nikomu niepotrzebne. Niestety, są kraje, w których prawdziwe przepisy to są tylko takie, których stosowania strzeże jakaś kara.

Nie mniej jednak demokratyczny i praworządny obywatel ma prawo się poskarżyć, że jego zdaniem sądy pracują za długo i są bezczynne.

Ale co to właściwie jest ta bezczynność? Miesiąc oczekiwania, pół roku, rok? Może gdyby były w przepisach jakiekolwiek terminy, choćby instrukcyjne, to można by się do nich odnieść. Ale skoro ich nie ma to, za przeproszeniem, Sąd Najwyższy robi to wszystko na tak zwanego czuja. I w pewnym orzeczeniu, całkiem niedawno, mówi na przykład, że jak sąd zadekretuje apelację do rozpoznania przed upływem roku to jest wszystko w porządku. Skargę na bezczynność oddalić.

Jest coś niewymownie absurdalnego w samym zajmowaniu się przez Sąd Najwyższy problemem czy rok na przesłanie kwitów z jednego sądu do drugiego to jest wystarczająco dużo czasu. (Pomijając ten drobiazg, że równie absurdalne jest, żeby to tyle trwało, ale nie o to mi w tym momencie chodzi).

I być może teraz na którejś uczelni prawniczej powstanie doktorat na temat orzecznictwa Sądu Najwyższego w kwestii co ile czasu powinno zajmować, jeżeli chodzi o przesyłanie akt z sądu do sądu. I powstanie na pewno cała linia orzecznictwa, która następnie dozna zmiany tudzież modyfikacji i powstanie rozbieżność w doktrynie, z której wynikać będzie, że dziewięć miesięcy to jest OK. Po czym odbędzie się konferencja naukowa z udziałem zaproszonych sędziów Sądu Najwyższego, w trakcie której pewien młody radykalny przedstawiciel nauki prawa procesowego zakrzyknie, że 15 miesięcy to jest też OK. Ale ten pogląd się nie przyjmie powszechnie i będzie cytowany z zaznaczeniem, że odmiennie aczkolwiek kontrowersyjnie Młody Przedstawiciel. I tak dalej.

Czujecie Państwo, że to jest jakiś absurd, taka ustawa? Pointą tego absurdu jest owo postanowienie Sądu Najwyższego, które pewnie koniec końców jest potrzebne, bo Sąd Najwyższy tak postrzega swoją rolę, żeby ludziom pomóc, choć sytuacja jest nadzwyczaj trudna. Tak trudna, że raczej nie da się pomóc.

Nie wiem, naprawdę nie wiem, co można mądrego z tym zrobić? Pisać więcej ustaw? Bardziej szczegółowo? Czy przestać je pisać zupełnie a te które są, uchylić?

Pojęcia nie mam.

  • Kategorie:

Michał Tomczak

Zajmuje się zarządzaniem projektami prawniczymi, transakcjami, w tym zwłaszcza nieruchomościowymi; specjalizuje się także w prawie sportowym, w ochronie danych osobowych i w innych specjalistycznych dziedzinach prawa korporacyjnego.

Czytaj dalej...

 Do góry