Excusez le mot

 

Prawnicy są legalistami co nie powinno dziwić. Bycie legalistą prowadzi do takiego efektu, że nawet najgorsze rozwiązania prawne bardzo długo nie budzą protestu na takiej zasadzie, że skoro ktoś takie prawo ustanowił, to widocznie ma tak właśnie być.

Przyznam szczerze i uczciwie, że gdy w 2003 roku weszło w życie nowe Prawo upadłościowe i naprawcze, zastępujące dwa dekrety jeszcze z lat trzydziestych – nie od razu zaprotestowałem. Wprost przeciwnie, wraz z prawnikami z kancelarii napisaliśmy cykl artykułów do „Rzeczpospolitej” doszukując się w ustawie pozytywnych tendencji.

Pozytywną tendencją miało być przede wszystkim usprawnienie postępowania i wprowadzenie alternatywnych rozwiązań dla gilotyny, jaką jest upadłość likwidacyjna.

Dopiero gdy zaczęliśmy w praktyce zajmować się upadłością zrozumieliśmy, że ustawa z 2003 roku jest, excusez le mot, gniotem pierwszej próby.

Skrajny przykład jakości tej ustawy to rola i sposób powołania rady wierzycieli.

Otóż sędzia komisarz powołuje do rady wierzycieli kogo zechce. Może na przykład powołać do rady wierzyciela który ma wierzytelność wynoszącą 20 złotych, może nie powołać takiego, który ma wierzytelność wynoszącą 2 miliony.

Co więcej sędzia komisarz zatwierdza również pełnomocnika, którego chce ustanowić wierzyciel. Jeżeli na przykład członkiem rady wierzycieli jest spółka PZU to sędzia komisarz może nie zatwierdzić pełnomocnika takiej spółki i domagać się, by na posiedzenia rady wierzycieli przyjeżdżał prezes Klessyk.

Z drugiej zaś strony – rada wierzycieli nie ma żadnego wpływu na to, co robi syndyk i w żadnych okolicznościach nie może owego syndyka odwołać.

W ten sposób postępowanie upadłościowe staje się poletkiem zupełnej dowolności sędziów komisarzy, a zwłaszcza syndyków. Nawiasem mówiąc, kto i na jakiej zasadzie zostaje syndykiem w poszczególnych upadłościach – tego na dobrą sprawę nie wie nikt.

Wierzyciele na ogół to rozumieją, to znaczy wiedzą , że gdy spółka idzie w upadłość, która jest prowadzona przecież za ich pieniądze, to nie mają na tę upadłość żadnego wpływu. I zwykle po prostu odpuszczają postępowanie upadłościowe.

Gdy byłem na stażu zawodowym w Stanach, dawno temu, wizytowałem pewną firmę, w której pracowało 200 prawników, i ta firma zajmowała się wyłącznie upadłościami (sławny chapter 11). To przecież jasne, że w przypadku większości upadłości jest o co walczyć i jest prawdziwy majątek – a może przede wszystkim – są firmy o pozycji rynkowej, które to firmy warto ratować.

W polskiej ustawie z 2003 roku pojęciem upadłości objęto także postępowania w swoim założeniu restrukturyzacyjne i naprawcze. W ten sposób – sama nazwa upadłość likwidacyjna – doprowadziła do odebrania wszelkiej ochoty i wiary kogokolwiek na skuteczność naprawczą takiego postępowania. Dzisiaj się to nazywa stygmatyzacją – można też bez trudu zauważyć, jak wielkie pole psychologicznego wpływu na stosownie prawa wyznacza sam język i sama nazwa użyta do określenia pewnej procedury.

Prawo restrukturyzacyjne, wchodzące w życie 1 stycznia przyszłego roku, wygląda na o wiele mnie teoretyczną ustawę – w każdym razie bądź przynajmniej rola wierzycieli i rady wierzycieli w postępowaniach prowadzonych na podstawie tej ustawy jest pozbawiona tej absurdalnej zależności od sędziego komisarza i faktycznego braku wpływu na postępowanie.

Oczywiście nauczeni doświadczeniem będziemy nowej ustawie przyglądać się krytycznie i bez jakiejkolwiek taryfy ulgowej. Legalizm nie wyklucza zdrowego rozsądku. 

  • Kategorie:

Michał Tomczak

Zajmuje się zarządzaniem projektami prawniczymi, transakcjami, w tym zwłaszcza nieruchomościowymi; specjalizuje się także w prawie sportowym, w ochronie danych osobowych i w innych specjalistycznych dziedzinach prawa korporacyjnego.

Czytaj dalej...

 Do góry