Atticus Finch i konwergencja systemów

 

Ja tu czegoś nie rozumiem i nie za bardzo mam kogo zapytać, żeby mi wyjaśnił.

Gdy uczyłem się prawa odczuwałem nieodpartą dumę z wyższości prawa kontynentalnego nad prawem anglosaskim i w ogóle zrozumieć nie mogłem, jak oni w ogóle mogą – w tej Anglii czy Stanach – z tym swoim prawej żyć, w tym poczuciu niepewności albo że jakiś lojer znajdzie precedens sprzed kilkuset lat i ten precedens przesądzi o tym, że ja nie mam racji.

Tak obraz został mi w pamięci, jak Gregory Peck jako adwokat Atticus Finch siedzi całymi dniami w bibliotece i przegląda stare księgi z wyrokami. I tak według mnie miało wyglądać prawo precedensowe. Przyznam, że do tej pory nie wiem, na ile obraz ten odpowiada rzeczywistości. Wiem tylko, że jakoś oni z tym żyli nawet w czasach przedelektronicznych, więc teraz na pewno sobie z tym jeszcze lepiej dają radę.

Za to prawo kodeksowe, o to miało być co innego. Kodeks miał dawać pewność i gwarancję, że jak się otworzy artykuł, dajmy na to, 167, to wszyscy będą wiedzieli, jak ma być. I nie będą potrzebne żadne precedensy, podejrzane i niepewne, zależne o tego, czy danego sędziego w danym dniu bolała głowa, czy może jego ulubiony klub przegrał sromotnie ze Stoke City dnia poprzedniego.

Nie wiem kiedy, ale wszystko poszło właściwie w drugą stronę.

Dzisiaj w Polsce, tu i teraz, by zacytować klasyka z „Rejsu”, nikt nie jest w stanie przewidzieć, co znaczy artykuł 167.

Jak się weźmie do ręki pisma procesowe z tej samej sprawy, dotyczące tego samego problemu prawnego to okaże się zwykle, że artykuł 167 znaczy dla obu stron tego procesu zupełnie coś innego.

Co więcej, jedna ze stron przytacza na dowód swojego rozumienia 7 orzeczeń Sądu Najwyższego. Ale druga strona powołuje natomiast 12 orzeczeń – dotyczących tego samego przepisu. I mówiących coś zupełnie przeciwnego.

Zachodzi pytanie – po co w takim razie jest kodeks i artykuł 167, skoro i tak każdy może go zrozumieć zupełnie inaczej. Może powinien być w prawie jeden przepis, który mówi, że Sąd, jak strony do niego się zwrócą, wydaje wyrok takie, żeby było dobrze i sprawiedliwie.

No i co to jest, jeżeli nie prawo precedensowe?

Tu skłonny jestem postawić nieco frywolną, ale jednak poważną tezę o konwergencji systemów prawnych.  System prawa precedensowego w oparciu o dziesiątki lat wyrokowania wypracował, w oparciu o zasady i klauzule generalne, względnie jednolite, „kodeksowe” rozumienie prawa. Zaś system kodeksowy, wprost przeciwnie, wskutek „niepasujących” do przepisów stanów faktycznych zmuszony był zaakceptować otwartość interpretacyjną formalnie jednoznacznych przepisów.

Może zresztą sytuacja jest nawet bardziej przewrotna: mam wrażenie, że system prawa precedensowego stwarza dalej idąc pewność stosowania prawa, ponieważ zmusza uczestników obiegu prawnego do nieustannego uzgadniania i ucierania podstawowych zasad stosowania prawa. Natomiast system prawa kodeksowego do takiej pracy myślowej i interpretacyjnej uczestników obiegu prawnego nie zmusza, ponieważ pozwala im opierać się na przekonaniu o jednoznaczności semantycznej interpretacji prawa, jako jedynej obowiązującej.

Jak wiemy jednak, w rzeczywistości tak zwana subsumpcja stanu faktycznego zwykle prowadzi do wniosku, że poszczególny przepis znaczy in concreto dla obu stron procesu zupełnie co innego.

O dalszych okolicznościach i następstwach tego fascynującego zjawiska, jakim jest konwergencja dwóch głównym systemów jurysdykcyjnych zachodniego świata przyjdzie jeszcze porozważać.

  • Kategorie:

Michał Tomczak

Zajmuje się zarządzaniem projektami prawniczymi, transakcjami, w tym zwłaszcza nieruchomościowymi; specjalizuje się także w prawie sportowym, w ochronie danych osobowych i w innych specjalistycznych dziedzinach prawa korporacyjnego.

Czytaj dalej...

 Do góry