Narastająca tęsknota za inspektorem (z Komitetu Centralnego naszej Partii)

Problemem polskich sądów nie jest takie czy inne orzecznictwo. Głównym problemem to jest, że sądy nie podlegają żadnej zewnętrznej kontroli, nie pod względem orzeczniczym, ale pod żadnym.

Skutek tego taki jest, że jakość pracy sądów oparta jest tylko i wyłącznie na wewnętrznych standardach etycznych i zawodowych, kreowanych przez sędziów. Takie standardy nie są jednakże w żaden sposób przez nikogo zagwarantowane. Przeciwnie, jeżeli prześledzić historię sądownictwa ostatnich kilkudziesięciu lat to jasne jest, że takie standardy po prostu nie mają skąd się wziąć.

To jest zjawisko charakterystyczne dla wielu instytucji w państwach o nowo powstałej demokracji, czyli głównie w naszej części Europy.  W poprzedniej epoce poszczególne instytucje, sądy także, miały formalne dużą autonomię organizacyjną i gwarantowaną konstytucyjnie niezawisłość. W praktyce – nad każdą instytucją życia publicznego czuwał jakiej lub bardziej mądry inspektor w odpowiednim wydziale Partii.

Na tym polegała totalitarna organizacja państwa komunistycznego. Wszyscy wiedzieli, że to jest złe, że służy kontroli społeczeństwa za pomocą jednego ośrodka decyzyjnego, a końcowo służy narzuconej z zewnątrz, opresyjnej władzy. I tak dalej.

Z tym, że ten cały moralnie wątpliwy układ miał jedną poważną zaletę – zawsze można było się do kogo poskarżyć, co więcej to poskarżenie się było nierzadko bardzo skuteczne. Partia bowiem bała się swojego ludu i robiła wszystko, żeby w sprawach bieżących ustalić poziom społecznych potrzeb i potrzeby te zaspakajać.

Sądy jeszcze przez czas jakiś po upadku Komuny podlegały administracyjnej władzy Ministerstwa Sprawiedliwości, ale teraz, od wielu już lat, nie podlegają nikomu. Czyli – robią co chcą.

Spróbujcie się poskarżyć komuś na to, że sąd spóźnia rozprawy, odwołuje w ostatniej chwili posiedzenia, w ogóle spróbujcie się poskarżyć na cokolwiek. Dobrze, jeżeli dostaniecie jakieś obłudnawe pisemko. Ale żeby ktoś czymś się przejął, na to liczyć nie należy.

W jednym z sądów w Warszawie – X Wydział Karny – jest taka sytuacja, że Sąd wyznacza na przykład 17 posiedzeń na jedną godzinę. Na niektóre posiedzenia ktoś przychodzi na inne nie, ale jakby nie było, pod salką, na której zresztą rozstrzyga się m.in. sprawy aresztowań, kłębi się tłum ludzi, nikt nie wie, która sprawa w jakiej kolejności zostanie wywołana.

Od strony czysto estetycznej, nie mówiąc już o takim zapominamy frazesie, jak powaga sądu, wygląda to żenująco, żeby tak uważać, nie trzeba być koniecznie narażonym na poniewierkę petentem sądu, wystarczy być jako taką szanującym siebie i swój Kraj mieszkańcem ziemi (tej ziemi).

Napisałem w tej sprawie do pani przewodniczącej wydziału, napisałem do pani sędziego wizytator z sądu apelacyjnego, która nadzoruje ten wydział, w końcu napisałem do pani wiceprezes sądu okręgowego. Wszystkie Szanowne Panie jak jeden mąż (pardon, jedna żona) napisały wprost, że się czepiam, że sąd jest w porządku i że właściwie o co mi chodzi.

I tu się ślad urywa. Następną skargę mogę napisać, by tak rzec, Do Najwyższego, który, jak wiadomo, może wszystko, więc pewnie może i wpłynąć na sąd okręgowy w Warszawie. A kiedyś poskarżyłbym się do inspektora w Wydziale Spraw Społecznych Komitetu Centralnego, czy jakimś innym, o podobnej nazwie (one się zawsze tak przyjaźnie nazywały).  I z tym inspektorem przynajmniej ustalilibyśmy, co jest standardem akceptowalnym w zakresie funkcjonowania sądów, a co nie.

Natomiast z Paniami Sędzinami najwyraźniej tego standardu nie mam szans ustalić, bo Panie uważają, że dwadzieścia osób przychodzących do sądu na jedną i tą samą godzinę to jest w porządku, a ja uważam, że nie bardzo. Ale to Szanowne Panie określają, co jest standardem, nie ja.

Takich, tego typu spraw w sądach jest oczywiście dużo więcej. Przez ostatnie pół roku w co najmniej pięciu sprawach cywilnych sądy – różnej wysokości – zamknęły rozprawę w celu ogłoszenia wyroku – po czym w terminie ogłoszenia sąd wyszedł na sale i wznowił postępowanie, wydając postanowienie dowodowe.

Pomyślcie: strony prowadzą spór przez kilka lat, przedkładają dziesiątki dowodów, przychodzą na wiele rozpraw, stresują się i pracują. Sąd najwyraźniej na bieżąco nic nie czyta, nie wie co jest w aktach, w istocie rzeczy kompletnie lekceważy sobie obowiązki. Bo to jest moim zdaniem element strategii stosowanej przez bardzo wielu sędziów: jak będę musiał wydać wyrok, to przeczytam sprawę.

W tej strategii jest coś więcej, niż lekceważenie swojej społecznej roli, jest arogancja, godna ubolewania i wykrzyczenia. Oczywiście, takie sytuacje, że trzeba rozprawę otworzyć mogą się, od czasu do czasu zdarzyć, ale w polskich sądach stały się one elementem strategii sędziów w bardzo wielu choćby odrobinę skomplikowanych sprawach. Zwłaszcza w momencie, gdy sąd ma nagrania z całego procesu.

No i tu jest to samo: jest to ewidentne, jawne nadużycie, działanie szkodliwe, na koszt i ryzyko stron. Znów – pisać można do Najwyższego, czyli nigdzie. W wewnętrznych sądach dyscyplinarnych zajmujących się sprawami sędziów trudno uzyskać szybko sensowne orzeczenie nawet przy nadużyciach o charakterze kryminalnym, a co dopiero w sprawach, które po prostu dotyczą standardu zawodowego.

To wszystko razem nie prowadzi do nikąd. Sądy w moim przekonaniu nie mają wewnętrznej siły – finansowej, sprawczej, intelektualnej i organizacyjnej – by we własnym zakresie budować ten standard zawodowy, o których chodzi. Innymi słowy moim zdaniem system w obecnym kształcie jest ni mniej nie więcej skazany na powolną degenerację.

Po ludzku to powiedzmy, w sądach się nic nie poprawia, w dłuższym dystansie. Ani jakość orzecznictwa, ani sprawność prowadzenia spraw. Sądy, sędziowie są tego świadomi i wskutek tego stają się coraz bardziej zamkniętą twierdzą, coraz bardziej odrzucającą wszelką krytykę i coraz bardziej upewniającą się, że tak zwane społeczeństwo jest sfrustrowane i nie wie, czego chce.

Bo jest jeszcze drugi, równoległy efekt, o którym przyjdzie napisać przy innej okazji. Władza polityczna która lekką ręką zapewniła sądom nieograniczoną autonomię jednocześnie przyjęła, że sądami zajmować się nie musi. Innymi słowy autonomia sądów paradoksalnie znajduje wyraz w tym, że wpływ sędziów i sądownictwa na życie polityczne , a co za tym idzie, pośrednio, na własną pozycję, jest coraz słabszy. I będzie coraz słabszy.

Standard o którym mówię, wiemy jak wygląda. Pod względem organizacyjnym i intelektualnym taki standard można zobaczyć bodaj tylko w Sądzie Najwyższym oraz w Sądzie Apelacyjnym, na oół (tym w Warszawie). Kiedyś, w Naczelnym Sądzie Administracyjnym, ale niestety tylko tak długo, jak długo to był sąd elitarny. Dzięki temu przynajmniej wiadomo, o co chodzi i jak powinien wyglądać sąd. Ale, w gruncie rzeczy, ten przykład tym bardziej świadczy o tym, że cały system sądów powszechnych w obecnej nie mam wewnętrznej siły, by się samonaprawić. Potrzebuje ingerencji z zewnątrz.

Nigdy nie sądziłem, że zatęsknię za inspektorem z Komitetu Centralnego. No, ok, nadal za nim tak bardzo nie tęsknię. Ale jak tak dalej pójdzie, to jeszcze zatęsknię. 

  • Kategorie:

Michał Tomczak

Zajmuje się zarządzaniem projektami prawniczymi, transakcjami, w tym zwłaszcza nieruchomościowymi; specjalizuje się także w prawie sportowym, w ochronie danych osobowych i w innych specjalistycznych dziedzinach prawa korporacyjnego.

Czytaj dalej...

 Do góry