Długa droga, ale czy już idziemy?

W moich nieprawomyślnych rozważaniach nad stanem praworządności w Polsce nie to budzi moją obawę, że kwestionują one pewien sposób rozumienia praworządności czyli, w świetle tegoż sposobu, staję się osobą niepraworządną. To ryzyko przyjmuję najzupełniej świadomie. Mój problem polega na tym przede wszystkim, że nigdy nie mieszkałem dłużej za granicą i właściwie nie wiem, czy mój idealistyczny standard pojmowania praworządności jest obecny gdziekolwiek. Pewien poziom idealizmu, jak wiadomo, jest dowodem głupoty, by rzecz ująć wprost.

Gdy myślę o polskiej policji, 25 lat po upadku opresyjnego systemu, którego jedną z racji istnienia było prześladowanie obywatela po to, by zawsze odczuwał strach tudzież respekt przed władzą, to sądzę, że w funkcjonowaniu tejże policji nie aż tak wiele się zmieniło. Pomimo przemiany pokoleniowej i pomimo tego, że cały świat wokół zmienił się bardzo – policja nadal jest bardzo odległa takiego modelu, który, można by z pewną emfazą nazwać, pracą dla dobra społeczeństwa i we współpracy z nim. Chyba, że uznamy z definicji, że każda władza jest dobra dla społeczeństwa, ale to chyba byłaby przesada.

Bardzo dawno temu, w roku bodaj 81 jako młody człowiek mieszkałem przez kilka miesięcy w Londynie. Z tego okresu zapamiętałem następującą scenę. Na ulicy Clapham, gdzie mieszkałem, w słoneczny, sobotni dzień dłubałem coś przy samochodzie, którą to nazwę odnoszę śmiało do mojego fiata 126p. O ile pamiętam odpadała tablica rejestracyjna, ale to był taki samochód, z którego wszystko odpadało.

W pewnym momencie podszedł do mnie umundurowany policjant, chłopak z grubsza w moim wieku. Od razu spłynął po mnie pot, co jest zrozumiałe, w przypadku wychowanka komunizmu w reakcji na mundur policyjny. Pomyślałem sobie, że zaraz zacznie sprawdzać czy pracuję na czarno (pracowałem) i czy mieszkam nielegalnie (mieszkałem). Policjant ów jednak zaczął dopytywać, co mi się zrobiło w samochodzie, czy mógłby mi jakoś pomóc i w ogóle po kilku  minutach wywiązała się między nami przyjazna rozmowa na temat piłki nożnej czy podobnie lekkiego tematu.

Dzisiaj rozumiem, że ów policjant był dobrze szkolony i być może w sumie zbierał jakoś tam informacje, ale oprócz tego był bardzo miły i przyjazny, więc nawet jeżeli zbierał informacje, to robił to w taki sposób, że ja mu je chętnie udzielałem i nie odniosłem wrażenia, żeby chciał mi od razu dokuczyć czy ujawnić moje niecne sprawki polegające na myciu naczyń w barze Wimpy (to taki inny McDonald). Ten młody człowiek na zawsze pozostanie dla mnie symbolem pewnego poziomu i sposobu funkcjonowania policji, o którym z przekonaniem mogę powiedzieć, że polega na ścisłej współpracy z tak zwanym społeczeństwem i na reprezentowaniu jego interesu.

W Polsce, 25 lat po upadku opresyjnego systemu,  policja drogowa zawsze z upodobaniem ustawia się w miejscu, gdzie znaki drogowe przewidują największe ograniczenie szybkości samochodów. Takie znaki pojawia się na polskich drogach znienacka, i bez żadnego związku z jakkolwiek zrozumiałymi wymogami bezpieczeństwa drogowego. To wygląda raczej tak, jak w „Misiu” – chodzi wyłącznie o to, żeby zaskoczyć kierowcę w najbardziej niespodziewanymi miejscu i momencie i przykładnie go ukarać lub, ewentualnie, wyłudzić łapówkę. Policja natomiast prawie nigdy nie łapie nikogo przy regularnym, najczęściej przekraczanym ogólnym ograniczeniu szybkości do 90 kilometrów na godzinę.

Oczywiście, ja sobie zdaję sprawę z tego, że to wszystko opiera się na subiektywnych ocenach i, że zawsze można dowodzić, że jakieś miejsce na drodze jest szczególnie niebezpieczne i tak dalej. Ale na podstawie moich kontaktów z policją drogową niezwykle rzadko odnoszę wrażenie, by policji przyświecał odróżnialny cel, w postaci poprawy bezpieczeństwa ruchu na drogach. Jestem natomiast przekonany, że zazwyczaj chodzi o to, żeby wyłapać i ukarać jak największą liczbę kierowców.

To jest oczywiście tylko przykład, wpisujący się w ogólny sposób i stan interpretacji przepisów prawa w Polsce. Ta uwaga nie dotyczy tylko policji, lecz adresuje się do wielu urzędów czy sądów, który podstawową przesłanką działania nie jest zrozumienie o co w tym wszystkim chodzi, lecz, w najlepszym razie, proste aplikowanie przepisu bez względu na jego społeczny sens.

Zobaczenie w poszczególnym przepisie i sposobie jego stosowania pewnego głębszego sensu, służebnej idei i społecznego znaczenia jest, rzecz prosta, wymagające i o wiele trudniejsze, niż prosta egzekucja przepisu w jego dosłownym brzmieniu, oparta w istocie rzeczy na sile, jaką daje władza nadana policjantowi, urzędnikowi czy sędziemu przez Państwo. Takie rozumiejące stosowanie przepisów wymaga kultury prawnej całego społeczeństwa, lub też choćby jego większości. To jest bardzo długa droga. Mój problem polega na tym, że nie jestem wcale pewien, czy w tę drogę jako społeczeństwo, już wyruszyliśmy.

 

  • Kategorie:

Michał Tomczak

Zajmuje się zarządzaniem projektami prawniczymi, transakcjami, w tym zwłaszcza nieruchomościowymi; specjalizuje się także w prawie sportowym, w ochronie danych osobowych i w innych specjalistycznych dziedzinach prawa korporacyjnego.

Czytaj dalej...

 Do góry