Propozycja wigilijna

Całkiem ostatnio zdarzyła mi się historia która z punktu widzenia mojego stosunku do prawa i legalności ma wymiar symboliczny. Kto wie jednak, może też zdarzenie to uzasadnia przejście do pewnych bardziej ogólnych uogólnień.

Przechodziłem wąziutką ulicę Miodową w Warszawie na czerwonym świetle. W promieniu ogarnianym wzrokiem nie było ani jednego samochodu. Po drugiej stronie ulicy stał patrol policyjny. Byłem już dość daleko gdy dogonił mnie młody, całkiem grzeczny i przyjazny policjant po to, żeby ostatecznie wymierzyć mi mandat. Mandatu odmówiłem jak to zwykle robię, gdy mi się zdaje, że walczę o jakieś wyższe dobro.

Choć właściwie nie wiem czy walczę, może mi się tylko tak zdaje.

Fakty są bezsporne. Przeszedłem przez ulicę na czerwonym świetle. Zrobiłem to zresztą świadomie, na oczach policji, ponieważ uważałem, że w tej sprawie mamy pewne uzgodnienie oparte na regule zdrowego rozsądku. Okazało się jednak, że nie mamy.

Równie bezsporne jest bowiem to, że w aplikowanie tego zakazu w faktycznych, opisanych powyżej okolicznościach jest całkowicie bezsensowne, albowiem zakazy te służą tylko i wyłącznie bezpieczeństwu uczestników ruchu.

Kiedyś, w przeszłości, w epoce Polski Ludowej opresyjność milicji na tym tle była wręcz symboliczna, miała ona wymiar systemowy. Milicja łapała wszystkich za wszystko i robiła to z jakąś tępą przyjemnością. Było to prostym efektem ogólnego napięcia między władzą a obywatelem, jak to się wtedy urzędniczo nazywało człowieka.

To napięcie wykluczało stosowanie reguły zdrowego rozsądku, albowiem nie chodziło o to, by realizować wspólne cele społeczne, tylko by władza realizowała swoje cele, których realilzacji obywatele zagrażali.

Po upadku komuny miałem (i nadal mam) nadzieję, że reguły stosowania prawa ulegną pewnej racjonalizacji. To znaczy – przechodzenie na czerwonym świetle nadal będzie zakazane, lecz interpretacja tego naruszenia przepisów dokonywana będzie przez pryzmat zasadniczego sensu, jakiemu służą poszczególne przepisy.

Ja oczywiście doskonale zdaję sobie z tego, że takie podejście pachnie relatywizmem i związane jest z ryzykiem, że każdy uczestnik społecznej gry będzie w sposób dowolny interpretował swoje prawo. Nie mniej, pragnę podkreślić, że tu nie chodzi o sytuacje graniczne, tylko o sytuacje całkowicie oczywiste. Czyli takie, w których stosowanie przepisu w jego dosłownej postaci jest niczym innym, jak wykazywaniem władczej przewagi policji nad człowiekiem.

Może zresztą się mylę? Może – w żadnym systemie nie ma miejsca na takie, nawet oczywiste celowościowe interpretacje? To znaczy interpretacje poprzez pryzmat celu, do którego realizacji przepis został powołany?

Jeżeli jednak przyjąć, że społeczeństwo poszukuje pewnej harmonii, a istotą tejże harmonii są stosunku między władzą a tak zwanym społeczeństwem, to przecież taka harmonia może być zapewniona tylko i wyłącznie wtedy, gdy celem władzy będzie realizacja interesu tego społecznego interesu. A interes ów nie zawsze sprowadza się do dosłownej, językowej wykładni przepisu. Więcej nawet, bardzo często do takiej interpretacji się nie sprowadza.

Rzecz prosta, takie stosowanie przepisu wymaga porozumienia na gruncie podstawowych zasad. I tego porozumienia właśnie w sposób nie budzący wątpliwości w Polsce brakuje. I nie zmierzamy wcale za bardzo w tym kierunku.

Rzecz zabawna, bo ów młody policjant, gdy już dogonił mnie w związku z moim przewinieniem, zapytał mnie najpierw, gdzie się spieszę, ale zapytał też, czy mam jakiś problem z nogą, bo kuleję. Między tymi dwoma kwestiami – to znaczy celem w postaci ukarania mnie za przechodzenie na czerwonym świetle i jego troską o moje zdrowie była jakaś absurdalna sprzeczność, więc zapytałem go – czemu o to pyta. Młody policjant odpowiedział, najwyraźniej w następstwie nowatorskiego przygotowania szkoleniowego policji, że policja powinna współpracować ze społeczeństwem i interesować się problemami obywateli.

No właśnie, tylko czy do tego, by tę ideę wdrożyć nie jest potrzebna jakaś dalej idąca, bardziej fundamentalna zmiana w rozumieniu sensu prawa, jako narzędzia osiągania celów, nie zaś – celu samego w sobie? Nie mówiąc już o takiej zmianie, w wyniku której władza dojdzie do przekonania, że reprezentuje społeczeństwo i realizuje jego interesy.

No, ale to już są raczej propozycje na wigilijną noc, bo ich realność nawiązuje do koncepcji zwierzaków mówiących do nas po naszemu. 

  • Kategorie:

Michał Tomczak

Zajmuje się zarządzaniem projektami prawniczymi, transakcjami, w tym zwłaszcza nieruchomościowymi; specjalizuje się także w prawie sportowym, w ochronie danych osobowych i w innych specjalistycznych dziedzinach prawa korporacyjnego.

Czytaj dalej...

 Do góry