Kultura podejrzliwości czyli biegli nie dość biegli

Niby wszyscy to wiedzą ale nikt nie jest w stanie naprawdę zabrać się za temat: wszyscy wiedzą że jednym z głównym problemów orzecznictwa w sądach polskich jest poziom biegłych.

Praprzyczyna systemowa jest oczywiście taka, że rzeczy, jak to mówią, się skomplikowały i w wielu przypadkach, zarówno w sprawach karnych jak i cywilnych opinia biegłych zastępuje pogląd sądu.

To samo w sobie jest problemem, bo im bardziej złożona jest materia sprawy, tym bardziej sędziowie czują się zwolnieni z odpowiedzialności za wyroki.

Problem wygląda inaczej w sprawach karnych i inaczej w sprawach cywilnych.

W sprawach karnych biegli działają na zlecenie policji, prokuratur lub – w dalszej kolejności sądów (tak przynajmniej jest teraz, to znaczy do 1 lipca przyszłego roku). Brak środków na dobrych biegłych to oczywista przyczyna. Ale degeneracja w tym zakresie ma poważniejsze powody. Otóż policja i prokuratura korzystają z biegłych usługowych, słabych i niedouczonych ale takich, po których można oczekiwać, że wydadzą opinię po myśli zlecającego. Wokół policji a zwłaszcza prokuratury gromadzi się wianuszek raczej nieudacznych biegłych, którzy są zawsze dostępni, bo nikt ich nie potrzebuje do niczego innego. I oni generalnie wydają takie opinie, jakich organ sobie życzy.

Ostatnio w sprawie karnej pewien biegły pożarnik powiedział, że w sprawie zaistniały przesłanki z art. 164 kodeksu karnego. Jest to o tyle ciekawe, że na ten temat nie bez wahań wypowiada się Sąd Najwyższy, zaś w ostatnim dostępnym wg statystyk roku – to jest w roku 2012 w Polsce, na prawie 400 tys. skazań nie doszło do żadnego skazania z art. 164. A biegły, proszę bardzo, wie, że są przesłanki z art. 164.

Taka sytuacja wynika oczywiście przede wszystkim z tego, że póki co postępowanie przygotowawcze odbywa się w postaci inkwizycyjnej, to znaczy – strony nie mają nic do powiedzenia.

W sprawa cywilnych problem polega na tym przede wszystkim, że na listach urzędowych bardzo mało jest biegłych odpowiedniej klasy, zaś – bardzo dużo jest fachowców po prostu bylejakich. W tle jest cały czas ten sam, filozoficzno-życiowy problem: ludzie dzielą się (między innymi) na takich, którzy nie mają czasu, bo są dobrzy w tym co robią i cały czas ich ktoś potrzebuje i na takich, którzy mają dużo wolnego czasu, ale przede wszystkim dlatego, że nikt ich specjalnie do niczego nie potrzebuje.

Więc taka sytuacja, że dostępni są ci, którzy niewiele potrafią ma charakter w pewnym sensie systemowy i nie da się całkiem zwalczyć. Lepsi specjaliści będą drożsi i trudniej dostępni.

Problem więc, zdaniem moim, polega przede wszystkim na trudności, z jaką przychodzi sądom korzystać z biegłych prywatnych, powoływanych ad hoc, którzy w dodatku określą swoje wynagrodzenie. W wielu przypadkach nawet wtedy gdy strony są w stanie uzgodnić biegłego między sobą (co oczywiście niekoniecznie jest notorycznym zjawiskiem) sądy i tak stają na straży po swojemu rozumianej obiektywności. Co sprowadza się do tego, że opinie wydaje biegły wprawdzie słaby i powolny, ale za to z listy.

Teoretycznie narzędzia prawne dla powołania biegłych z prawdziwego zdarzenia są dostępne, nie mniej jednak panująca w Polsce i tym samym – w polskim sądownictwie – kultura podejrzliwości eliminuje korzystanie z tychże narzędzi.

Moim zdaniem, inaczej niż zmieniając prawo szybkich zmian się tu nie osiągnie. 

Oczywiście, w procedurze karnej wszystko się musi „okazać”, choć już dzisiaj można przyjąć, że oczekiwania, że urabiany przez dziesiątki lat system inkwizycyjno-formalistyczno-policyjny zniknie z dnia na dzień, są rzecz prosta naiwne. 

W procedurze cywilnej ingerencja ustawodawcy zachęcająca do korzystania z biegłych z prawdziwego zdarzenia wydaje się być kwestią pierwszej potrzeby.

  • Kategorie:

Michał Tomczak

Zajmuje się zarządzaniem projektami prawniczymi, transakcjami, w tym zwłaszcza nieruchomościowymi; specjalizuje się także w prawie sportowym, w ochronie danych osobowych i w innych specjalistycznych dziedzinach prawa korporacyjnego.

Czytaj dalej...

 Do góry