Sędzia G. i zwierzę zaszczute

Nie będę opowiadał całej tej historii w szczegółach choć jest ciekawa, ale jej rozbudowanie mogłoby spowodować zaciemnienie tak zwanej istoty rzeczy. Ponadto, sprawa jest po mojej stronie niewątpliwie przesączona subiektywizmem i unikając szczegółów, będę usiłował być w miarę obiektywny. W miarę, podkreślam.

Zeznawałem parę lat temu jako świadek przed Sądem Okręgowym w Warszawie. Moim celem nie było po prostu uchylenie się z powodów – ogólnie rzecz biorąc – prywatnych od zeznawania ale odmówienie zeznań tylko i wyłączenie z uwagi na chroniącą mnie tajemnicę adwokacką.

Koncepcja ta, dodajmy на всякий случай, była uzgodniona z dwoma wybitnymi karnistami, z książek jednego z nich sędzia G. też pewnie uczy się prawa.

Sędzia, nazwijmy go G., w zupełności arbitralnie, bez wydawania postanowienia odmówił mi prawa do skorzystania z tajemnicy adwokackiej i odczytał moje zeznanie złożone w postępowaniu przygotowawczym, zeznanie dotyczące innej sprawy i innych okoliczności. Bo, jak wiadomo, nikt w toku postępowania przygotowawczego nie wie do końca, czemu ono służy, link, między postępowaniem przygotowawczym i sprawą sądową wychodzi na jaw dopiero w ostatnim odcinku.

Napisałem w tej sprawie do sędziego – że postąpił nieładnie, a ja, jako świadek, nie mam żadnej innej drogi ochrony mojego statusu jak tylko ten, że mogę napisać list do sędziego, nie jako adwokat przecież (bo sędzia mi tego odmówił) ale jako, z przeproszeniem, człowiek.

Na co sędzia G. doniósł do adwokatury (podkreślam stanowczo, że nikogo nie obrażałem i w ogóle – wyrażałem jedynie pogląd, który zawsze wyrażę, że sędzia G. z premedytacją pozbawił mnie moich praw).

Ubocznie wyjaśniam, że ja ze swojej strony zrobiłem donos do władz sądowych na sędziego G. bo moim zdaniem, sędzia nie tylko popełnił błąd, ale dostosował do tego błędu protokół rozprawy (do którego ja jako świadek, nie miałem dostępu przez rok przeszło).

Korporacja adwokacka wszczęła przeciwko mnie postępowanie i sąd ukarał mnie dyscyplinarnie. Każdy kto miał do czynienia z postępowaniem dyscyplinarnym (ja miałem, jako przewodniczący Wydziału Dyscypliny związku piłkarskiego w czasach walki z korupcją, gdzie z profesorem Robertem Zawłockim oraz kilkoma innymi mądralami przećwiczyliśmy koporacyjne postępowanie dysyplinarne jak mało kto) dobrze wie, jak umowne są przepisy dyscyplinarne: same nazywają się kodeksem etycznym, podczas gdy moralność, to najbardziej intymna sfera każdego człowieka. Nie chcę tu o tym.

Chodzi mi o to, że ta sprawa nie dotyczy w gruncie rzeczy mojego dobrego zachowania przede wszystkim, ale dotyczy kwestii dla adwokatury tak zasadniczej, jak prawo do ochrony wiedzy zawodowej adwokata uzyskanej od klienta. Adwokat ma w swojej dostępności niewiele więcej niewątpliwych narządzi wykonywania zawodu, dodam dla przypomnienia.

Kto miałby zatem bronić prawa adwokata do zachowania tajemnicy jak nie sąd dyscyplinarny rozpatrujący dwuznaczny donos sędziego, w sytuacji gdy tenże sędzia pozbawił mnie właśnie „prawa”  do bycia adwokatem? Jak można ponosić odpowiedzialność dyscyplinarną jako adwokat i nie móc skorzystać z przywileju, jednego z niewielu w gruncie rzeczy, jakie ten status daje?

W przepisach etycznych adwokatury jest taki przepis (par. 4) zgodnie z którym adwokat odpowiada za uchybienia etyce adwokackiej w życiu prywatnym. Jest to przepis, szczerze mówiąc, niedorzeczny, zresztą jego treści nie odpowiada cały kodeks etyczny adwokatury (na szczęście). Adwokat nie może odpowiadać za uchybienia etyce adwokackiej w życiu prywatnym, ponieważ takiemu wymaganiu nie odpowiadają w żadnym stopniu przywileje, z jakich adwokat korzysta, w rzeczywistości bowiem adwokatowi nie przysługuje żaden immunitet, poza jakimś nędznym skrawkiem tego, co się wiąże z immunitetem.

Sędzia czy prokurator jest chroniony do tego stopnia, że uruchomienie postępowania karnego nawet w przypadku pospolitych przestępstw popełnianych przez sędziów czy prokuratorów jest niezwykle trudne. Wynika to także z korporacyjnego „integryzmu”, tychże organizacji. Może tak powinno być, może nie – ale tu przynajmniej jest jasne, że immunitet i wymagania, czy też oczekiwania co do standingu moralnego zbliżają się do siebie. Coś za coś.

Ja zaś, szczerze mówiąc, od adwokatury nie dostaję nic i zresztą na nic nie liczę, a jeżeli na coś, to na święty spokój. Gdy zaś dochodzi do sytuacji takiej, jak tu opisana, to znaczy sytuacji w której przedmiotem obrony są podstawowe zasady ochronne zawodu wówczas nie ma z kim na ten temat rozmawiać.

Co więcej, w zupełnym przeciwieństwie do władz dyscyplinarnych w innych zawodach prawniczych, zwłaszcza – zawodach „budżetowych”, gdzie doprowadzenie od odpowiedzialności sędziego czy prokuratura w związku z całkiem pospolitymi uchybieniami zawodowymi jest po  prostu niemożliwe – władze dyscyplinarne i sądownicze adwokatury biorą nierzadko za punktu honoru, by wykazać się ściganiem nadużyć we własnych szeregach.

Psychologia tego zbiorowego korporacji (?) zachowania jest oczywiście taka, że adwokatura od dawna żyje już w przeświadczeniu, że zaraz mogą nas rozwiązać. Okazało się bowiem, że adwokatura nie ma właściwie żadnych obrońców w sferach politycznych, adwokaci, którzy stają się politykami co prędzej odcinają się od swojego adwokackiego pochodzenia, bo to najwyraźniej nie poprawia im notowań. A politycy, rzeczywiście, zrobią z adwokaturą, podobnie jak i z radcami prawnymi, to, na co wskazywać będą rosnące lub malejące słupki.

W tej sytuacji adwokatura zachowuje się jak zaszczute zwierzę, które kąsa kogo popadnie i służy, komu popadnie, byle tylko przeżyć. Albo jak ci na saniach, gonionych przez wilki, którzy wyrzucają kogo się  da na pożarcie. Dlatego też adwokatura nie jest w stanie bronić swoich najcenniejszych wartości, bo nikt chyba do końca nie wierzy, że będą one jeszcze do czegoś przydatne. 

  • Kategorie:

Michał Tomczak

Zajmuje się zarządzaniem projektami prawniczymi, transakcjami, w tym zwłaszcza nieruchomościowymi; specjalizuje się także w prawie sportowym, w ochronie danych osobowych i w innych specjalistycznych dziedzinach prawa korporacyjnego.

Czytaj dalej...

 Do góry