Prawo rozumiane dosłownie czyli źle

Przy okazji pewnej publicznej debaty prawniczej usłyszałem pogląd Tomasza Wardyńskiego, iż głównym problemem polskiego sądownictwa nie jest czas trwania postępowań, ale przede wszystkim sposób stosowania prawa przez sądy, w którym wyłączne zastosowanie znajduje wykładnia językowa z całkowitym pominięciem wykładni systemowej i funkcjonalnej. Co więcej, problem takiego stosowania prawa znajduje swoje źródło w całej edukacji prawniczej

Bardzo mnie urzekł ten prosty pogląd, zdaje mi się, że oddaje on istotę mojego widzenia sądownictwa w sprawach cywilnych. Ten sam problem można opisać na wiele różnych sposobów.

Można na przykład mówić, że sądy nie rozumieją biznesu – przy czym nie chodzi mi o jakieś abstrakcyjne „rozumienie”, ale o przygotowanie edukacyjne i wiedzę o biznesie, czytanie bilansu, rachunku wyników czy przepływów.

Można mówić o tym, że sądy idą po najmniejszej linii oporu i nie starają się zrozumieć, o co w sprawie naprawdę chodzi. Ze sądy poruszają się po wierzchu spraw i nie chcą zrozumieć o co chodzi.

Można mówić o tym, że sądy interpretują prawo formalnie, to znaczy że nie starają się uwzględnić do czego prawo zostało wymyślone. Ze prawo tak stosowane żyje własnym życiem, jakby nie było do czegoś, tylko samo dla siebie (bo i czasem tak jest, po prawdzie).

Ale w końcu najlepiej jest właściwe opisać to w ten sposób, jak to zrobił Wardyński: sądy stosują niemal wyłącznie interpretację gramatyczną i w tym zawiera się cały problem. Stosować prawo znaczy dla sądów – stosować przepisy.

Takie funkcjonowanie sądów jest rzecz prosta szczególnie trudnym problemem dla powoda, ponieważ przez takim podejściu zgodnie z którym ścisłe i szczegółowe stosowanie przepisu, a nie odpowiadający poczuciu sprawiedliwości sens wyroku są ważniejsze powoduje, że znacznie łatwiej powództwo oddalić, niż udowodnić.

Problem jest oczywiście bardzo głęboki i głęboko zakorzeniony w polskiej edukacji prawniczej. Właściwie od samego początku edukacja jest nastawiona na gramatyczną analizę normy.

Z mojej perspektywy ta sama teza znaczy: sądy nie stosują klauzul generalnych, lub też stosują je w ostateczności. Ponieważ samo prawo nie pracuje nad klauzulami generalnymi, poszukiwanie zaś słuszności uważane jest za literaturę i publicystykę. Choć przecież wszyscy na ogół wiedzą, że jedna ze strona ma słuszność a druga nie.

Pytacie mnie – co z tym zrobić?

Pamiętam taki niezapomniany kabaret Jacka Fedorowicza pt. „Poznajmy się”. Fedorowicz mówi tak do publiki telewizyjnej: zwracają się Państwo do mnie z pytaniem, gdzie można nabyć bilety na nasze spektakle? Odpowiem: otóż nigdzie – powiedział Fedorowicz.

Otóż nie wiem co z tym zrobić. Drapać, gryźć, pisać, przypominać. Z dosłownego, gramatycznego rozumienia prawa wynikają głównie nieszczęścia. Z drugiej strony – żeby wychodzi poza owo gramatyczne stosowane prawa trzeba widzieć, wiedzieć, wiązać fakty i nie uciekać przed podejmowaniem decyzji. I mieć zasady w głowie, mieć jasność co do tych zasad i je stosować.

Może to mało, ale w rzeczywistości bardzo dużo.

  • Kategorie:

Michał Tomczak

Zajmuje się zarządzaniem projektami prawniczymi, transakcjami, w tym zwłaszcza nieruchomościowymi; specjalizuje się także w prawie sportowym, w ochronie danych osobowych i w innych specjalistycznych dziedzinach prawa korporacyjnego.

Czytaj dalej...

 Do góry