Korporacja porządnych ludzi, czyli gips, dykta i karton

W sobotę, 11 października odbył w się – tak sądzę – w Warszawie nadzwyczajny zjazd warszawskiej izby adwokackiej.

Na zjeździe tym nie byłem. Nie byłem chory i nie miałem nic nadzwyczajnego do zrobienia. Po prostu – nie byłem, bo nie mam po co tam być.

Na Zjeździe była może jedna piąta adwokatów warszawskich. Widać, że mało kogo to obchodzi.

Adwokatura przypomina mi film kręcony w dekoracjach z gipsu, dykty i kartonu. Wygląda na tym filmie, jakby naprawdę była wojna, tylko nie należy się opierać o ściany domów, bo się przewrócą.

Po prosu nie wiem za bardzo po co ta organizacja istnieje. Organizacja, do której 25 lat temu wstępowałem z niejakim entuzjazmem, choć nie bez dystansu, dzisiaj straciła jakąkolwiek misję i zrozumiały sens działania.

Adwokatura będąc tradycyjnie organizacją, we własnym mniemaniu, prowolnościową, zupełnie nie odnalazła się w czasach wolności. Okazuje się teraz, że status czy bohaterstwo organizacji prowolnościowej adwokatura czerpała przede wszystkim z porównania ze zniewolnonym otoczeniem.

Większość swego wysiłku po 89 roku adwokatura poświęciła obronie status quo, czyli tak naprawdę temu, jak innych nie dopuścić do zawodu. Była to batalia o tyle bezsensowna, iż prowokowała ona populistycznych polityków do rozwiązań, który byłby mniej radykalne, gdyby korporacja adwokacka – podobnie zresztą jak radcowska – nie zapierały się tak w swojej dwuznacznej autonomii. Która może być zdmuchnięta jednym gestem populistycznego ustawodawcy, przy aplauzie gawiedzi.

(Nawiasem mówiąc, w tym wszystkim najmniej winna jest organizacja warszawska adwokatów, która otworzyła się wcześniej, niż zarządzili to politycy, nie mniej paskudnej reputacji związanej z wieloletnim nepotyzmem nie udało już się uratować.)

Dzisiaj adwokatura zajmuje się głównie samą sobą. Zjazd Izby poświęcony jest wyłącznie temu, jakie diety płacić swoim społecznym funkcjonariuszom. Adwokatura nie jest partnerem dla władzy i nie jest przez nią poważnie traktowana. Co najwyżej – usiłuje się przypodobać władzy, czego owa władza i ta nie zauważa. Adwokatura zachowuje się jak wywołany do tablicy uczniak, który nie przygotował sią do lekcji i zaczyna od tego, że inni koledzy też się nie nauczyli.

Ostatnio zadzwonił do mnie przedstawiciel rzecznika dyscypliny z rady adwokackiej zapowiadając, iż będzie prowadził wobec mnie postępowanie wobec donosu jakichś policjantów, którzy twierdzą, że przekroczyłem dozwoloną prędkość o 47 kilometrów. ów starszy adwokat wyjaśnił mi – też nie jestem najmłodszy – że adwokatem jest się zawsze. Niewiele brakuje –by użyć mocniejszej metaforyki – że będę się obawiał skorzystać z toalety, bo a nuż ktoś coś tam zauważy.

W innej z kolei sprawie dyscyplinarnej jestem sądzony za to, że napisałem krytyczny i wcale nie niegrzeczny list do sędziego, który brutalnie i z premedytacją pogwałcił moje prawa świadka w sprawie, w której w oczywisty sposób przysługiwał mi immunitet adwokacki. Sąd dyscyplinarny orzekający w tej sprawie nawet nie był w stanie przyjąć do wiadomości, że nie chodzi o moje listy tylko chodzi o fundamentalny interes korporacji, w której oni sami pełnią pewne funkcje.

Wszystkie sprawy dyscyplinarne opierają się na pełnym niejasności, nadętym jak balon kodeksie etycznym Jest to bardzo ogólny, niemalże literacki dokument, z którego wynika, że adwokat winien być porządnym człowiekiem. Z tego dokumentu i innych, rezydualnych ale powszechnych zachowani władz korporacji wynika przekonanie o absolutnej szczególności tego zawodu. A ja takiego przekonania w ogóle nie mam, nie wiem doprawdy na czym polegać by miała moja misja, na czym – wyższość wobec innych zawodów doradczych, typu doradcy finansowi , rewidenci itp. Jestem usługodawcą do wynajęcia za pieniądze, mówiąc wprost, nie realizuję żadnej misji tylko wystawiam fakturę VAT za pracę, którą staram się jak najlepiej wykonać.

W tym kontekście nie rozumiem wcale, dlaczego adwokatura rości sobie prawo do narzucania jakichś nadzwyczajnych reguł etycznych, dlaczego – adwokata mają nie ograniczać wyłącznie ogólnie obowiązujące przepisy prawa.

Zawsze miałem na tym tle wątpliwości, adwokatura zawsze była pełna owej swoistej hipokryzji. Najwięksi przedstawiciele naszego zawodu, o francuskich nierzadko nazwiska, zarabiali wielkie – jak na zabiedzone społeczeństwo – pieniądze, ale prawie wszystko szło pod stołem. Co oczywiście w dawniejszych czasach było zrozumiałe, także moralnie, nie mniej jednak zawsze stanowiło poważny wyłom w zasadach etyki, adresowanych teoretycznie w równym stopniu do wszystkich. Takich przykładów zinstytucjonalizowanej hipokryzji było dalece więcej.

Koniec końców nie za bardzo wiem, jaki właściwie jest ten tytuł do owej moralnej wyższości. I jak większości adwokatów chodzi mi o to przede wszystkim, by korporacja dała mi święty spokój, a idąc nawet dalej - najlepiej – by oddała te wszystkie swoje uprawnienia Państwu, skąd one przecież pochodzą.

Bo władze państwowe, choć średnio wydolne, przynajmniej nie pouczają mnie w sprawie, jak być porządnym człowiekiem. 

  • Kategorie:

Michał Tomczak

Zajmuje się zarządzaniem projektami prawniczymi, transakcjami, w tym zwłaszcza nieruchomościowymi; specjalizuje się także w prawie sportowym, w ochronie danych osobowych i w innych specjalistycznych dziedzinach prawa korporacyjnego.

Czytaj dalej...

 Do góry