Z notatnika politycznego ignoranta

Tu na tym blogu nie wypowiadam się na temat polityki. Powód jest mianowicie taki, że nie znam się na polityce. Przez dziesięć lat amatorską prowadziłem działalność w ramach Unii Demokratycznej przekształconej w Unię Wolności.  Jeszcze wcześniej, w mrocznych, choć z mojego punktu widzenia niezwykle ciekawych latach Polski Ludowej organizowałem się w celu obalenia tejże Polski Ludowej razem z naiwniakami typu Piotr Ikonowicz. I tak dalej.

Wszystko co w związku z polityką kiedykolwiek robiłem opierało się na bezczelnym założeniu, że jednostki bardziej aktywnie nastawione do życia, czy po prostu bardziej inteligentne od innych (sorry) powinny poświęcać swój czas, energię i duszę organizowaniu życia innych ludzi, odpowiednio mniej aktywnych i inteligentnych.

Czyli, mój stosunek do polityki opierał się na założeniu, że władza jest narzędziem, podczas gdy celem jest służenie innym.

Było to jednak głupie założenie. Od tego czasu, to znaczy przez ostatnich kilkanaście lat co najmniej zmieniłem zupełnie zdanie, obejrzałem „House of Cards”, zostałem przewieziony przez funkcjonariuszy CBA z własnego domu do izby zatrzymań w Katowicach i miałem jeszcze parę takich drobniejszych zdarzeń, które znacząco wpłynęły na moją świadomość. W toku tych zdarzeń okazało się, że polityka na ogół polega na tym, żeby zdobyć władzę, „a potem się zobaczy” – jak mogłoby powiedzieć większość aspirantów polityki.

Nie znam się na polityce, więc nie potrafię do końca ocenić sukcesu Donalda Tuska – na ile jest to sukces osobisty, na ile efekt geopolitycznych spekulacji i normalnego konfliktu wielkich mocarstw o obsadę stanowisk, w wyniku którego na czele na przykład NATO jest na ogół Duńczyk, Holender albo Norweg.

Jedno jest pewne – Donald Tusk jest niezwykle świadomym politykiem, co w warunkach polskich należy uznać z absolutne dokonanie, ponieważ gdzie jak gdzie ale w Polsce bardzo trudno było planować karierę polityczną. Co więcej – Tusk od zawsze był świadomym liberałem, na tyle na ile ta idea jest możliwa do realizacji w populistycznie nastawionym społeczeństwie.

Dość powiedzieć – że od ponad dwudziestu lat jestem niewymuszony czytelnikiem miesięcznika liberałów pn „Przegląd Polityczny” i przez cały ten czas, a może jeszcze dłużej Donald Tusk figuruje w składzie Rady Programowej miesięcznika. Pewnie nic tam teraz od dawna nie robi, co tym bardziej świadczy o jego świadomości, ponieważ nie boi się w żaden sposób powiązania pewnych poglądów czy idei z jego nazwiskiem.

Nie znam się na polityce, jak powiedziałem, ale wydaje mi się, że wybór Tuska na przewodniczącego Rady Europy nie został przez Polaków, niemal jak zwykle to bywa, przyjęty z odpowiednim entuzjazmem. No cóż, jesteśmy takim właśnie narodem, którego zbiorowa psychika odpowiada osobowości człowieka z zagrożonym poczuciem własnej wartości.

Żeby pozostać w tym sceptycznym duchu: powiem zupełnie szczerze, że jak na taką przeszłość i taką dojrzałość, jaką niósł ze sobą Tusk jego siedem lat pełnienia funkcji premiera były dla mnie raczej rozczarowaniem. I znów, zapewniam, że nie znam się na polityce i, że podchodzę do polityki w sposób naiwny. Tymczasem Tusk wyrzekł się z pełną świadomością wszelkiego reformatorstwa, on najwyraźniej uznał, że stabilne utrzymanie władzy służy nie tylko jemu ale przede wszystkim Polsce.

Gdybym jednak miał ocenić Tuska z punktu widzenia stosowania prawa i rozwoju kultury prawnej społeczeństwa to powiedziałbym, że oparcie władzy na medialności i popularności stoi w oczywistej sprzeczności z szerzeniem wiary w prawo i praworządność. Medialność jest powierzchowna, a stosowanie prawa i budowanie świadomości prawnej – jest ciężkie, długotrwałe i niekoniecznie wpływa na popularność wyborczą.

Gdybym miał podać skrajne przykłady nadużyć w tym zakresie, gdy prawo stało się absolutnym, wtórnym narzędziem interesu politycznego – to w pierwszej kolejności przychodzą mi do głowy te sprawy, w których sam uczestniczyłem. Do dzisiaj staram się przekonać, że tak musi być, ale nadal – nie mogę w to uwierzyć, że naprawdę musi.

W 2011 roku reprezentowałem Legię Warszawa, gdy po zadymach kibicowskich w Bydgoszczy rząd zamknął stadion Legii. Była to decyzja – z całą mocą będę tak twierdził – całkowicie bezprawna, w dodatku nieprzygotowana i wykonana wyłącznie za pomocą siły aparatu państwowego, wspomaganego zresztą przez sądy administracyjne. Legia była klubem który płacił największą cenę za walkę z agresywnym kibolstwem a mimo to stała się pierwszą ofiarą medialnej akcji rządu, który chciał jak zwykle pokazać, że panuje nad sytuacją (co, jak wiadomo, polityk stara się pokazać zawsze wtedy, gdy nad sytuacją nie panuje). Dowody były zbierane przez administrację i policję już długo po tym, jak decyzja była wydana, decyzja w gruncie rzeczy nie podlegała żadnej kontroli z punktu widzenia praworządności i legalności, a sądy administracyjne ostatecznie stanęły na stanowisku, że władza w słuszne sprawie wszystko może. Nawiasem mówiąc, nie wiem zupełnie, kto co wtedy przez te decyzje osiągnął, może jakiś kawałek słupka przez kilka tygodni. Stacił natomiast, w świadomości politycznej takich ludzi, jak ja dużo więcej przez dużo dłużej.

Jeżeli kiedyś ktoś prześwietli od początku do końca tę sprawę, będzie pewnie zażenowany z powodu tego wszystkiego, co władza polityczna zroibła, tak jak minister sportu, z którym wtedy rozmawiałem.

Nie wątpię, że tamtą decyzję podejmował osobiście Donald Tusk i powiem rzecz głupią, było mi wtedy wstyd za niego i za ludzi, którym, kazał ją wykonywać. Taka była jednak cena pragmatycznego sukcesu premiera, mądrego człowieka z konsekwentnym zapisem drogi politycznego liberała. Moje wspomnienie należy traktować tylko i wyłącznie jako przyczynek do tak zwanej złożoności rzeczy, albo uwagę człowieka naiwnego, którym w ramach moich przekonań na temat roli prawa pozostać zamierzam. 

Michał Tomczak

Zajmuje się zarządzaniem projektami prawniczymi, transakcjami, w tym zwłaszcza nieruchomościowymi; specjalizuje się także w prawie sportowym, w ochronie danych osobowych i w innych specjalistycznych dziedzinach prawa korporacyjnego.

Czytaj dalej...

 Do góry