Z Żeromskim do Helsinek

Było tak – lecieliśmy w trójkę do Finlandii, na ważną imprezę. Zapewne był to ostatni samolot, za pomocą, którego mogliśmy na imprezę zdążyć.

Lecieliśmy liniami fińskimi, co wyjaśniam z góry i na wszelki wypadek, bo gdybym spotkało mnie to, co mnie spotkało ze strony Lotu to, przyznaję, dziwiłbym się znacznie mniej. Może to nieładnie z mojej strony, ale mój mózg i moje myślenie tak się właśnie ukształtowało pod wpływem liczących 59 lat doświadczeń. Historia jest więc tym bardziej niesamowita, i tym bardziej globalna w swoim wymiarze, ponieważ dotyczy linii Finair.

Na regulaminową, mieszczańską godzinę przed odlotem podeszliśmy do młodego człowieka w check-inie, pełni wiary w człowieka i jego wewnętrzne dobro. Młody człowiek beznamiętnym raczej głosem wyjaśnił, że niestety, nie polecimy, ponieważ samolot jest pełen.

Początkowo myślałem, że żartuje albo, że pomyłka. Ale nie, samolot jest pełne, wyjaśnił skromnie.

Cała moja prawnicza wiedza uderzyła mi z wielką siłą do głowy i pewnie dlatego, nie byłem w stanie sformułować jednolitego zarzutu. Na wszelki wypadek wyjaśniam:

1)      bilety zostały kupione i zapłacone z góry;

2)      zgłosiliśmy się do odlotu o właściwej porze;

3)      nie jesteśmy terrorystami ani nie przemycaliśmy chorego psa w bagażu podręcznym, nie byliśmy pijani i nie podnosili zagadnienia wielowiekowego konfliktu polsko-fińskiego (bo go nie ma a my kochamy Finów).

Młody człowiek w check-inie miał dla nas jako jedyną propozycję przejście się do biura Finairu w celu sprawdzenia, czy są jeszcze jakieś samoloty.

Na nasze własne ryzyko dał nam pustą, nienumerowaną kartę pokładową i poszliśmy do gate’u.

W gatcie było to samo, potwierdzili nam, że nie lecimy. Zrobiliśmy karczemną awanturę, której bym się może wstydził gdyby nie to, że dzisiaj, jak to wszystko przemyślałem na spokojnie, to zrobiłbym jeszcze gorszą awanturę.

Ostatecznie poleciliśmy do Finlandii chyba wskutek tejże awantury, ponieważ personel przy bramce spacyfikował na koniec pewnego młodego, skromnie wyglądającego człowieka, który miał bilet za pół ceny więc mu wmówili, że jego bilet jest gorszy i z takim biletem zawsze potrzeba więcej szczęścia żeby polecieć. Szkoda mi go było, bo nie potrafił się tak nachalnie, czy też prostacko dopominać o swoje prawa, jak ja i dlatego nie poleciał. Niestety, albo my albo on, taka była logika firmy Finair.

Sytuacja w ogólności przypominała mi sławną scenę z Przedwiośnia, w której Cezary Baryka na którymś dworcu w Rosji domaga się wydania mu bagażu w zamian za kwit z przechowali. „Co ty mi tu z jakimś kwitem leziesz, mówi Rosjanin, ja twój kwit widzę, ale walizeczki nie widzę”.

Z tym, że tu chodziło o Finlandię, albo Polskę, nie o Rosję.

Straszne, po prostu straszne. W całej unijnej Europie codziennie tworzy się regulacje w ochronie konsumentów, tysiące urzędników przejmują się moim losem i robią mi dobrze, natomiast w tak elementarnej sprawie, jak wykonanie zapłaconej usługi przez narodowego przewoźnika jesteśmy właściwie w kasynie z jakimś ślepym żetonem w ręce, a młody człowiek w check-inie puszcza kulkę. I albo polecimy, gdzie chcemy lecieć, albo nie.

Przy okazji od któregoś z tych pasażerów, którzy akurat wygrali lot do Helsinek dowiedziałem się, że teraz firmy lotnicze tak mają, bo dzięki temu sobie wypełniają samoloty, a jak trzeba, to frajerom zapłacą 250 Euro odszkodowania. I mają to wpisane do ogólnych warunków i w ogóle to jest element świadczonej przez nich usługi.

Alternatywą dla opisanej tu sytuacji jest rozwiązanie takie, że może mi się to śniło i może mi się to wszystko wydawało? Z punktu widzenia mojej wiary w ten w sumie całkiem przyjazny świat, to ja bym nawet wolał, żeby to był sen.

 

Michał Tomczak

Zajmuje się zarządzaniem projektami prawniczymi, transakcjami, w tym zwłaszcza nieruchomościowymi; specjalizuje się także w prawie sportowym, w ochronie danych osobowych i w innych specjalistycznych dziedzinach prawa korporacyjnego.

Czytaj dalej...

 Do góry