You'll never walk alone

Ten blog jest poświęcony prawu, prawnikom. Prawnictwu, jak niekiedy mówię, żeby od razu wyjaśnić, że będę się czepiał. Ale ten blog jest też moim blogiem – blogiem Michała Tomczaka. Kiedy blog zaczynałem parę dni temu, nie zdawałem sobie sprawy, że tak szybko zdarzy się coś, co okaże się tak bardzo ważniejsze niż to, co robię na co dzień, że będę musiał i chciał o tym napisać na tym właśnie prawniczym blogu.

Wczoraj umarł Rafał Zarzycki.

Kiedy umiera ktoś bliski, bardzo często pojawia się takie zdanie: „nie mogę uwierzyć…”. Niektórzy nie mogę w ogóle uwierzyć w śmierć, inni nie wierzą, bo umiera człowiek młody. Ja nie mogę uwierzyć, bo odszedł Rafał Zarzycki, był wulkanem życia, kwintensencją energii, klasykiem zainteresowania wszystkim, mówienia o wszystkim, życia wszystkim. Był chodzącą pasją.

Nienawidzę tego mówienia o unikalności, gdy ktoś umiera. To mi się wydaje zwyczajnie naciągane. Nie mogę tego nie powiedzieć dzisiaj. Rafał był unikalny.

Szerszej publiczności znany był z tych swoich niezwykłych, jedynych w polskim dziennikarstwie felietonów piłkarskich poświęconych – na łamach Gazety Wyborczej – Legii Warszawa, jednej z dwóch swoich najważniejszych klubowych miłości. Nie był zawodowym dziennikarzem, pracował na co dzień w biznesie, a przecież te felietony pod względem poziomu skojarzeń, lekkości języka, bezkompromisowości poglądów umieszczały go pod względem dziennikarskim w zupełnie innej galaktyce.

Rafał był szczególny pod każdy względem. Każdą, najmniej ważną rzecz mówił z jakimś takim zupełnie niesłychanym przekonaniem. W charakterystyczny sposób zawieszał głos, by zaskoczyć rozmówcę jakąś zupełnie unikalną pointą. Rozmowa z nim wymagała bycia cały czas „podłączonym”, nigdy nie mówił rzeczy prostych i oczywistych. Często mówił takie rzeczy, że trzeba było wziąć chwilę przerwy, by je przemyśleć. Mało jest dzisiaj ludzi nie tylko o tak oryginalnym sposobie myślenia, ale wręcz o tak szczególnym stylu publicznego funkcjonowania.  

Nie twierdzę, że się przyjaźniliśmy. Połączyły nas jednak – niestety na tak krótko, znałem Rafała zaledwie kilka lat – dwie, czyste, wolne od interesów piłkarskie pasje. O ile miłość do Legii jest lokalnie rozpowszechniona, to miłość do Liverpool FC nie jest już tak częsta i tak oczywista. Podczas każdego meczu naszej ukochanej drużyny wymienialiśmy dziesiątki esemesów, przez telefon zwalnialiśmy trenera, i zatrudniali nowego, wszystkie ważniejsze wydarzenia omawialiśmy na bieżąco. To jest poziom świra i zaczadzenia, który jest kompletnie niezrozumiały dla tych, którzy tego nie mają.

W ostatnią sobotę słabo nam szło z Aston Villą. Zobaczyłem, że Rafał nic do mnie nie pisze, teraz wiem, że był w szpitalu. 10 minut przed końcem napisałem do niego, że chyba w tym meczu się już nic więcej nie da zrobić. Było cholerne 2:2 i tak już zostało.

Pięć dni potem dowiedziałem się od Grześka Kalinowskiego, jego bliskiego przyjaciela, że Rafał nie żyje. Nie mogę w to uwierzyć i nigdy nie uwierzę. Obiecuję Ci, że powalczymy o czwarte miejsce. No tak, Glen i Lucas mają kontuzje. Okno transferowe się jeszcze nie skończyło, może jednak kupimy jakiego fajnego defensywnego pomocnika. No, i lewy obrońca też by się przydał.

You will never walk alone, Rafał.

Michał Tomczak

Zajmuje się zarządzaniem projektami prawniczymi, transakcjami, w tym zwłaszcza nieruchomościowymi; specjalizuje się także w prawie sportowym, w ochronie danych osobowych i w innych specjalistycznych dziedzinach prawa korporacyjnego.

Czytaj dalej...

 Do góry